Dół

Szlak Jerzego Turowicza

Kraków

  • Sobieskiego 7

    Adres rodzinnej kamienicy w centrum Krakowa, gdzie Jerzy Turowicz przychodzi na świat 10 grudnia 1912 roku, w rodzinie Augusta (1875–1960) i Klotyldy (1881–1979), de domo Turnau, Turowiczów. August Turowicz był sędzią, później został radcą prawnym wychodzącego w Krakowie Ilustrowanego Kuriera Codziennego; działacz Akcji Katolickiej, jako prawnik współpracował także z krakowską kurią i metropolitą kard. Adamem Stefanem Sapiehą. Rodzina jest zasiedziała w Krakowie od pokoleń; nieprzypadkowo Jerzy Turowicz – jak wspomina w książce Ze wspomnień szczęściarza (Znak 2008) jego przyjaciel od lat przedwojennych, Jacek Woźniakowski, szef wydawnictwa Znak w latach 1959–1990 – lubił używać zwrotu: "Ja, jako krakauer, myślę, że...".

    Sobieskiego 7

    Adres rodzinnej kamienicy w centrum Krakowa, gdzie Jerzy Turowicz przychodzi na świat 10 grudnia 1912 roku, w rodzinie Augusta (1875–1960) i Klotyldy (1881–1979), de domo Turnau, Turowiczów. August Turowicz był sędzią, później został radcą prawnym wychodzącego w Krakowie Ilustrowanego Kuriera Codziennego; działacz Akcji Katolickiej, jako prawnik współpracował także z krakowską kurią i metropolitą kard. Adamem Stefanem Sapiehą. Rodzina jest zasiedziała w Krakowie od pokoleń; nieprzypadkowo Jerzy Turowicz – jak wspomina w książce Ze wspomnień szczęściarza (Znak 2008) jego przyjaciel od lat przedwojennych, Jacek Woźniakowski, szef wydawnictwa Znak w latach 1959–1990 – lubił używać zwrotu: "Ja, jako krakauer, myślę, że...".

    Jerzy ma dwóch braci: Andrzeja (1904–1989; imię zakonne Bernard), profesora matematyki, wykładowcę w Akademii Górniczo-Hutniczej, który w 1945 roku wstąpił do opactwa benedyktynów w Tyńcu pod Krakowem; Juliusza (1906–1995), księdza, profesora liturgiki, wykładowcę Seminarium Duchownego w Krakowie; oraz cztery siostry: Annę (1909–2004), po mężu Strzelecką; Marię (1914–1997) – z wykształcenia filozof i geograf, tłumaczkę dzieł Romana Ingardena, sekretarkę Tygodnika Powszechnego do zamknięcia pisma w 1953 roku, później redaktorkę w Państwowym Wydawnictwie Muzycznym; Olawię (1916–2001), księgową; Krystynę (1920–2007), po mężu Falkowską, która została sędzią.

    Przy tej samej ulicy, co rodzinna kamienica, znajduje się III Gimnazjum im. Króla Jana Sobieskiego, gdzie Jerzy Turowicz rozpoczyna naukę w 1922 roku, kończąc ją osiem lat później złożeniem egzaminu dojrzałości. Jako uczeń gimnazjum Sobieskiego wstępuje do Sodalicji Mariańskiej, a w jej organie prasowym – wydawanym w Zakopanem miesięczniku Pod Znakiem Maryi – debiutuje, jako nastoletni publicysta, pod koniec lat 20.

    Turowicz mieszkał na Sobieskiego 7 do 1938 roku, kiedy ożenił się z Anną Gąsiorowską.

  • Uniwersytet Jagielloński

    "Kiedy Tygodnik powstał" – opowiadał Jerzy Turowicz w referacie wygłoszonym w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego 26 marca 1995 roku podczas sympozjum zorganizowanego z okazji 50-lecia Tygodnika Powszechnego –  "miałem w kieszeni legitymację asystenta-woluntariusza przy katedrze historii gospodarczej Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierowanej przez prof. Romana Grodeckiego. Nie rezygnowałem z tego stanowiska, z którym zresztą nie były związane żadne pobory, bo sądziłem, że zabawa w wydawanie Tygodnika potrwa może trzy lub sześć miesięcy, a potem trzeba będzie się zająć czymś innym".

    Uniwersytet Jagielloński

    "Kiedy Tygodnik powstał" – opowiadał Jerzy Turowicz w referacie wygłoszonym w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego 26 marca 1995 roku podczas sympozjum zorganizowanego z okazji 50-lecia Tygodnika Powszechnego –  "miałem w kieszeni legitymację asystenta-woluntariusza przy katedrze historii gospodarczej Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierowanej przez prof. Romana Grodeckiego. Nie rezygnowałem z tego stanowiska, z którym zresztą nie były związane żadne pobory, bo sądziłem, że zabawa w wydawanie Tygodnika potrwa może trzy lub sześć miesięcy, a potem trzeba będzie się zająć czymś innym".

    Jerzy Turowicz był absolwentem Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego; studiował historię i filozofię pod kierunkiem takich uczonych, jak: Jan Dąbrowski, Roman Grodecki, Marian Heitzman, Władysław Konopczyński, Stanisław Kot, Joachim Metallmann, ks. rektor Konstanty Michalski, Ludwik Piotrowicz. Gdy powstanie Tygodnik, kadra profesorska UJ – i to od pierwszego numeru pisma, w którym pojawili się: Artur Górski, Stanisław Kutrzeba, Władysław Konopczyński – stanie się "zapleczem autorskim" pisma z Wiślnej.

    Praca magisterska abiturienta Jerzego Turowicza, pisana już w 1939 roku, niestety nigdy nie powstała. Najpierw wybuchła wojna, a w roku 1945 roku magister in spe zajął się redagowaniem Tygodnika Powszechnego, co stanowiło full time job – pracę nie pozostawiającą czasu na nic innego. Także na dokończenie skromnych planów naukowych.

    "Pocieszam się jednak, że Tygodnik prawdopodobnie nie byłby lepszym pismem, gdybym zdobył dyplom" – powiedział 13 listopada 1990 roku podczas odbierania tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Jestem natomiast całkowicie pewien, że pismo, które redaguję od czterdziestu pięciu lat (z przerwami spowodowanymi przez wydarzenia historyczne), nie stałoby się tym, czym było przez te trudne lata, gdyby nie ten ładunek kultury humanistycznej, który w tych murach otrzymałem, gdyby nie te horyzonty myślowe, jakie otwarła przede mną Krakowska Akademia".

  • Redakcja dziennika Głos Narodu przy ul. Smoleńsk

    W skromnych pokojach kamienicy przylegającej do maleńkiego kościoła Bożego Miłosierdzia przy ulicy Smoleńsk, gdzie znajdowała się redakcja dziennika Głos Narodu, ukazującego się w Krakowie od 1893 roku, 26-letni Jerzy Turowicz pojawił się 1 stycznia 1939 roku. Został dziennikarzem i redaktorem; była to jego pierwsza stała praca.

    Redakcja dziennika Głos Narodu przy ul. Smoleńsk

    W skromnych pokojach kamienicy przylegającej do maleńkiego kościoła Bożego Miłosierdzia przy ulicy Smoleńsk, gdzie znajdowała się redakcja dziennika Głos Narodu, ukazującego się w Krakowie od 1893 roku, 26-letni Jerzy Turowicz pojawił się 1 stycznia 1939 roku. Został dziennikarzem i redaktorem; była to jego pierwsza stała praca.

    Redaktorem naczelnym pisma był wówczas ks. dr Jan Piwowarczyk, znakomicie wykształcony publicysta, ceniony duszpasterz, znawca katolickiej nauki społecznej, krytyk ograniczających przedwojenną demokrację rządów sanacyjnych. To pod jego okiem młody Turowicz uczył się dziennikarstwa; po 1945 roku wspólnie pracowali nad utworzeniem i wydawaniem Tygodnika Powszechnego.

    Kiedy 1 lipca 1939 roku ks. Piwowarczyk odchodzi z redakcji, by zostać proboszczem w parafii św. Floriana w Krakowie, redaktorem naczelnym dziennika zostaje Jerzy Turowicz. Ma już pewne doświadczenie w pełnieniu tego rodzaju funkcji – w latach studenckich był bowiem redaktorem naczelnym wychodzącego we Lwowie biuletynu Dyszel w Głowie, należącego do Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej Odrodzenie, a później pisma Historia, wydawanego przez krakowskie Koło Historyków i przeznaczonego dla studentów historii polskich uczelni.

  • Wiślna 12

    W pierwszych miesiącach istnienia Tygodnika Powszechnego, którego pierwszy numer nosił datę: 24 marca 1945, redakcja mieściła się w małym pokoju w siedzibie krakowskiej kurii przy Franciszkańskiej 3. Aktualny adres: Wiślna 12 pojawia się po raz pierwszy w redakcyjnej stopce w TP nr 4 z 27 stycznia 1946 roku.

    Wiślna 12

    W pierwszych miesiącach istnienia Tygodnika Powszechnego, którego pierwszy numer nosił datę: 24 marca 1945, redakcja mieściła się w małym pokoju w siedzibie krakowskiej kurii przy Franciszkańskiej 3. Aktualny adres: Wiślna 12 pojawia się po raz pierwszy w redakcyjnej stopce w TP nr 4 z 27 stycznia 1946 roku.

    Katolickie pismo społeczno-kulturalne było adresowane do inteligencji, nie tylko katolickiej – Tygodnik nie miał bowiem charakteru konfesyjnego, nie był też formalnie zależny od Kościoła. Grupa katolików świeckich oraz księży wydawała pismo wyłącznie na własną odpowiedzialność. Choć pismo ukazywało się w Krakowie, było rozpowszechniane w całej Polsce. Po wojnie i przez kolejne lata Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej było pismem wyrażającym stanowisko katolickie i kształtującym opinię katolików w Polsce.

    W 1995 roku, na półwiecze istnienia pisma, tak wspominał jego początki redaktor naczelny: "Władze zezwoliły w 45 roku na wydawanie pisma ze względu na prestiż i autorytet ówczesnego arcybiskupa krakowskiego, Księcia Metropolity Adama Stefana Sapiehy, późniejszego kardynała, pod którego patronatem to pismo powstało. Ale owe władze istnienie Tygodnika tolerowały niechętnie, utrudniając mu życie przez cenzurę prewencyjną (działającą od samego początku, chociaż bez podstaw prawnych) oraz przez ograniczenie nakładu i objętości pisma. (...) W roku 1953 – jak wiadomo – z powodu naszej odmowy uczczenia pamięci Józefa Stalina, wydawanie Tygodnika zostało zawieszone na przeciąg trzech i pół lat. Jeśli Tygodnik nie został nigdy zamknięty definitywnie, to zawdzięczamy to przede wszystkim sile Kościoła katolickiego, który pod rządami Księdza Prymasa Wyszyńskiego stanowił główną siłę społeczną stawiającą opór narzuconemu Polsce ustrojowi politycznemu i jego ideologii. Kościołowi, który nigdy nie dał się władzy ludowej podporządkować i podzielić. To ta siła Kościoła stanowiła parasol ochronny nad Tygodnikiem. Drugą przyczyną naszego trwania było może i to, że istnienie Tygodnika, niezależnego pisma, stanowiło dla władzy swego rodzaju legitymację, stwarzając pozory wolności prasy i opinii.

    I wreszcie do przetrwania przyczyniła się także zwartość rosnącego zespołu redakcyjnego, związanego więzami przyjaźni, poczuciem odpowiedzialności i ideowym zaangażowaniem w sprawy Polski i Kościoła. Zespołu gromadzącego czołowych katolickich publicystów i intelektualistów, takich jak Antoni Gołubiew, Hanna Malewska, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Stanisław Stomma, Stefan Kisielewski czy Paweł Jasienica – żeby wymienić choć kilka nazwisk, a także mający wśród współpracowników liczne grono profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, kontynuując w tym – w pewnej mierze – tradycję przedwojennego, krakowskiego dziennika Czas".

    W latach redaktorowania Jerzego Turowicza na łamach Tygodnika Powszechnego ukazywały się jedne z najważniejszych tekstów powojennego czasopiśmiennictwa, m.in. Jana Błońskiego Biedni Polacy patrzą na getto (1987), ks. Stanisława Musiała SJ Czarne jest czarne (1997), eseje ks. Józefa Tischnera, publicystyka Józefy Hennelowej czy Tadeusza Żychiewicza. Stałe miejsce na łamach pisma miała od początku jego istnienia literatura – w Tygodniku Turowicza publikowali m.in: Kornel Filipowicz, Julia Hartwig, Zbigniew Herbert, Artur Międzyrzecki, Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Wiktor Woroszylski, Jerzy Zagórski. Ale także ks. Karol Wojtyła – od 1978 roku papież Jan Paweł II – którego debiut publicystyczny, tekst Mission de France, ukazał się na łamach Tygodnika Turowicza w marcu 1949 roku. Wtedy rozpoczęła się trwająca kilka dekad przyjaźń między Autorem i Redaktorem.

    Obu łączyła też fascynacja dziełem Soboru Watykańskiego II. Jerzy Turowicz najpierw referował jego obrady na łamach swojego pisma, które obok miesięcznika Znak, redagowanym przez Hannę Malewską i jej współpracowników, stało się wówczas jedynym w Polsce rzetelnym źródłem wiedzy o zmianach zachodzących w Kościele. Podobny namysł i rzetelność towarzyszyły Turowiczowi przez wiele późniejszych lat, kiedy śledził realizację odnowy soborowej, także w realiach Kościoła polskiego.

    Po raz pierwszy formuła "Redaktor: Jerzy Turowicz" pojawia się w stopce redakcyjnej w Tygodniku Powszechnym nr 30 z 14 października 1947 roku. Niemal pół wieku później, w grudniu 1992 roku, z okazji 80. rocznicy urodzin Turowicza, prof. Jacek Woźniakowski próbował rozwikłać tajemnicę Turowiczowego władztwa: "Po pierwsze, Jerzy nigdy niczego nie forsował. Jako redaktor naczelny zawsze nam pozwalał robić wiele rzeczy zgodnych z naszymi zdolnościami, chęciami, zamiłowaniami. Bardzo mało się narzucał. (...) Jerzy prowadził nas drogą ostrożną, rozważną i odważną zarazem. I to tak niedostrzegalnie, że aż dyskretniutko (...). Był jeszcze drugi element, który bym nazwał kulturą drzwi otwartych. Jerzy nie znosił, by drzwi – to jest w ogóle symboliczna sprawa – do jego gabinetu były zamknięte. W ogóle to nie był jego gabinet. Tam się odbywały wszystkie narady i spotkania, szum bez przerwy; Jerzy ledwo wygospodarowywał w tym wszystkim jakiś kącik za biurkiem. (...) Drzwi zawsze musiały być stale otwarte i każdy, za przeproszeniem, dziad, który przychodził z ulicy, pruł prosto do Jerzego, dlatego że z rozpędu przelatywał przez wszystkie poprzednie pokoje i opierał się dopiero na samym ostatku".

    W gabinecie Naczelnego Tygodnika Powszechnego od lat wisi portret Franciszka Józefa – niczym personifikacja niezmienności i stabilizacji. Sam Jerzy Turowicz nie pozwalał siebie oprawiać w ramki. Podczas wręczania doktoratu honoris causa UJ, w listopadzie 1990 roku, swoje dokonania podsumował krótko: "(...) muszę się przyznać, że z pewnym zażenowaniem słuchałem tego, co tu powiedziano na temat mojej osoby, pochwał o wiele ponad miarę moich zasług. Było miejsce, w którym można było zrobić to, co zrobiłem, ktoś to musiał zrobić, miałem szczęście, że właśnie mnie to przypadło".

    Pod adresem Wiślna 12 od roku 1959 mieściła się też siedziba wydawnictwa Znak, które na początku lat 90. przeniosło się do odbudowanego z ruin Dworku Łowczego przy ulicy Kościuszki 37.

  • Lenartowicza 3

    Mieszkanie wystał w kolejce do urzędu kwaterunkowego Jerzy Schroeder, przyjaciel Anny i Jerzego Turowiczów. Inżynier Schroeder, zaangażowany w odbudowę przemysłu chemicznego, miał bowiem o wiele większe szanse na otrzymanie mieszkania od redaktora katolickiego pisma. Turowiczowie zamieszkali razem z grupą przyjaciół i krewnych. Był marzec 1945 roku – kilka tygodni po wyprowadzce z dworu w Goszycach, który mocą dekretu o reformie rolnej z 1944 roku (a właściwie nadużywania jego przepisów), wraz z ziemią i lasami, przeszedł na własność państwa.

    Lenartowicza 3

    Mieszkanie wystał w kolejce do urzędu kwaterunkowego Jerzy Schroeder, przyjaciel Anny i Jerzego Turowiczów. Inżynier Schroeder, zaangażowany w odbudowę przemysłu chemicznego, miał bowiem o wiele większe szanse na otrzymanie mieszkania od redaktora katolickiego pisma. Turowiczowie zamieszkali razem z grupą przyjaciół i krewnych. Był marzec 1945 roku – kilka tygodni po wyprowadzce z dworu w Goszycach, który mocą dekretu o reformie rolnej z 1944 roku (a właściwie nadużywania jego przepisów), wraz z ziemią i lasami, przeszedł na własność państwa.

    Dom na Lenartowicza, za sprawą oddziaływania Anny i Jerzego Turowiczów, stał się dla wielu oazą innego życia – miejscem ciekawych dyskusji, czytania poezji, słuchania piosenki francuskiej. Za sprawą ks. Adama Bonieckiego, który jako redaktor Tygodnika Powszechnego i duszpasterz akademicki przy Kolegiacie Św. Anny, organizował w wynajmowanym u Turowiczów pokoju dyskusje ze studentami, na przełomie lat 60. i 70. mieszkanie w każdą niedzielę odwiedzało nawet kilkudziesięciu młodych ludzi.

    Uta Kalinowska, która przez wiele lat pracowała jako technik konserwator zabytków, od 1993 roku prowadzi w Krakowie własny antykwariat, była zaprzyjaźniona z domem Turowiczów od lat 60.: "Dom na Lenartowicza kształtował mnie wtedy, kiedy dorastałam i dojrzewałam. Był inspirujący intelektualnie. Wychowanie dokonywało się jakby mimochodem: mowy nie było o jakichś pouczających rozmowach, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Turowiczowie wychowywali przez swoją obecność: przez to, o czym rozmawiali, kto bywał w ich domu, jak żyli, no i przez sztukę. Człowiek to chłonął, niespodziewanie dla samego siebie zmieniając się pod wpływem tych ludzi.

    A ludzie, w świat których wprowadził mnie dom na Lenartowicza, byli zaiste różnorodni. Dużo rozmawiało się o Miłoszu i Miłosza się czytało, jeśli tylko pan Jerzy otrzymał coś świeżo wydanego w Bibliotece Kultury. Pamiętam taki moment, gdy on siedzi przy swoim biurku, my, młodzi, wokół niego i Taś czyta. U Turowiczów nie rozmawiało się tam o polityce. Bynajmniej jednak nie z powodu nas, młodocianych – by nas chronić. To po prostu nie było interesujące, tak jak gotowanie i sprzątanie na Lenartowicza. Dyskutować warto było o sztuce, nie o Gomułce.

    Dzięki Turowiczowi duża liczba ludzi w Polsce mogła, biorąc raz w tygodniu do ręki jego Tygodnik, poczuć się w innym świecie. Na mniejszą skalę dotyczyło to także nas, ludzi bliżej związanych z domem na Lenartowicza – dzięki pani Annie i panu Jerzemu znajdowaliśmy się w innym świecie: wolnym. Na tym polegała siła nieformalnego oddziaływania Turowicza: po pierwsze, przez pismo; po drugie, przez kontakt osobisty".

    O tym, jak wyglądało mieszkanie (zlikwidowane w czerwcu 2001 roku), można się dowiedzieć między innymi z wywiadu Barbary N. Łopieńskiej, przeprowadzonego z Anną i Jerzym Turowiczami.

    "Odkąd redaguję Tygodnik Powszechny, dostaję dużo książek, ale oczywiście i kupowałem, i dalej kupuję" – opowiadał Naczelny Tygodnika. "Wchodzę do księgarni po jakąś książkę i nawet jeśli jej nie znajduję, wychodzę z trzema innymi. Nasz przyrost naturalny to co najmniej jedna książka dziennie. Nie mam pojęcia, ile ich jest, ale chyba ze dwadzieścia tysięcy".

    Drugim, nie mniej ważnym, elementem wyposażenia mieszkania przy Lenartowicza były stosy gazet i teczki z wycinkami prasowymi. "To teczki sprzed dwudziestu lat, trzydziestu czy czterdziestu. Największa zaraza. Pilne teczki, do których nikt nigdy nie zajrzał" – przyznała nieco złośliwie pani Anna Turowiczowa w wywiadzie Łopieńskiej.

    Uwagę dziennikarki zaprzątnęło na koniec dziesięć walizek stojących na szafie w korytarzu. Do czego służy ich aż tyle? "Jak to do czego?" – odpowiada Turowicz pytaniem na pytanie. "Do podróżowania".

  • Helclów 21

    "Dziś wieczorem Lemowie, Jerzy [Turowicz] i ks. Wojtyła – dziwna kompania do kolędowania" – Jan Józef Szczepański odnotowuje w dzienniku 26 grudnia 1957 roku gości, którzy pojawili się w jego i żony mieszkaniu w Krakowie, przy ulicy Helclów.

    Helclów 21

    "Dziś wieczorem Lemowie, Jerzy [Turowicz] i ks. Wojtyła – dziwna kompania do kolędowania" – Jan Józef Szczepański odnotowuje w dzienniku 26 grudnia 1957 roku gości, którzy pojawili się w jego i żony mieszkaniu w Krakowie, przy ulicy Helclów.

    Helena Styrna-Mamoniowa, żona Bronisława Mamonia, redaktora Tygodnika Powszechnego, przekonywała się niejednokrotnie, jak ważne dla ludzi Tygodnika były spotkania w domach: "Jeśli tylko była okazja, prowadziliśmy intensywne życie towarzyskie. A okazji było sporo: imieniny, śluby, komunie dzieci. Spotkania ustały, gdy skończył się PRL. Przypuszczam, że nasze ówczesne zamiłowanie do zabawy wynikało z opresyjności tamtych lat, ciągnącej się całe dekady siermiężności. To było takie odreagowanie: teraz to nam mogą...".

    W domach redaktorów – choćby z obawy przed podsłuchami Służby Bezpieczeństwa zamontowanymi w siedzibie redakcji Tygodnika Powszechnego – odbywały się też ważne narady środowiskowe: u ks. Andrzeja Bardeckiego, redaktora działu religijnego Tygodnika Powszechnego, który jako kapelan sióstr sercanek mieszkał w klasztorze przy Garncarskiej; u Janiny i Antoniego Gołubiewów przy Jaskółczej; w salonie Zofii Starowieyskiej-Morstinowej przy Placu Sikorskiego (redaktorzy i współpracownicy pisma spotykali się tam systematycznie w latach 1953-56, kiedy stowarzyszenie PAX odebrało pismo prawowitym redaktorom); u Mai i Jacka Woźniakowskich przy Wyspiańskiego.

  • Piwnica pod Baranami

    Ewa Preisner, malarka i scenograf, związana z Piwnicą od początku lat 80., tak pamięta Piwiniczne wizyty Jerzego Turowicza: "Gdy wchodził, wstrzymywało się oddech: przyszedł zacny gość. Zabiegało się o jego uwagę, fetowało obecność, a Piotr Skrzynecki zawsze witał go osobiście; na każdym kroku okazywał, jak wiele ma szacunku dla jego wiedzy, erudycji, gustu".

    Piwnica pod Baranami

    Ewa Preisner, malarka i scenograf, związana z Piwnicą od początku lat 80., tak pamięta Piwiniczne wizyty Jerzego Turowicza: "Gdy wchodził, wstrzymywało się oddech: przyszedł zacny gość. Zabiegało się o jego uwagę, fetowało obecność, a Piotr Skrzynecki zawsze witał go osobiście; na każdym kroku okazywał, jak wiele ma szacunku dla jego wiedzy, erudycji, gustu".

    "Nie mogę pojąć, jak wśród tylu tak odpowiedzialnych obowiązków znajdował czas, by oglądać po parę razy kabaretowe programy, bywać na każdym balu, na każdym z najbardziej wariackich piwnicznych przedsięwzięć, na opłatku, na wielkanocnym jajeczku" – zastanawiała się w 1997 roku Joanna Olczak-Ronikier, autorka monografii kabaretu, z którym związała się już pod koniec lat 50. "Nie mogę pojąć, skąd brał siły, by (...) pojawiać się na każdej premierze teatralnej i filmowej, wernisażu, wiarygodnej uroczystości publicznej, miłej sercu prywatnej. Nie tylko w Krakowie. Jeździłam często do Warszawy i zawsze, zawsze spotykałam go na którymś z dworców. Właśnie przyjechał. Albo właśnie wyjeżdżał na jakieś istotne spotkanie".

    W pracowicie przez lata zapełnianych kalendarzach, które Turowicz wypełniał notatkami z podróży, nazwiskami spotkanych osób, zdawkowo podanymi treściami przeprowadzonych rozmów, nie zabrakło adnotacji o wizytach na pokazach filmowych w Instytucie Francuskim przy ul. Jana czy filmach obejrzanych podczas majowego przeglądu filmów krótkometrażowych w Kinie Kijów, wernisażach w Pałacu Sztuki czy wizytach w Krzysztoforach.

    Ks. Mieczysław Maliński, autor Tygodnika, zaprzyjaźniony z Turowiczami od lat 60., zapamiętał i taki epizod: "Gdy Piotr Skrzynecki obchodził któreś lecie, towarzystwo z Piwnicy wynajęło cały Pałac pod Baranami, by zaprosić na uroczystości najbardziej partyjnych i najbardziej katolickich ludzi Krakowa. Zaproszeni mieli się ubrać w jakiś strój z epoki; kto był po »cywilnemu«, miał być nie wpuszczanym. Ostatecznie dla Turowicza i dla mnie Piotr zrobił wyjątek. Każda sala w Pałacu była na co innego przeznaczona: tu projekcja filmowa, tam spektakl teatralny, a tu jeszcze koncert jazzowy. W jednej sali były nawet namioty improwizowane na te zdobyte pod Wiedniem.

    O pierwszej czy drugiej w nocy poszedłem zmęczony do domu, ale wcześnie rano coś mnie podkusiło i wróciłem »pod Barany«. Sale puste, jakby wszystkich wycięło. A przy jednym stoliku siedzi Jerzy z Piotrem i piją kawę. I gadają. Oni wytrwali do świtu.

    Jerzy Turowicz odnajdywał się świetnie w każdym klimacie: i w ogniu zażartych dyskusji o Kościół podczas obrad soborowych, i podczas szampańskiej zabawy w Piwnicy pod Baranami. I wszędzie był chętnie przyjmowany, mimo że nigdy sobą się nie narzucał, nie oczekiwał ze strony ludzi jakiejś szczególnej uważności. To raczej on im ją oferował".

  • Kolegiata św. Anny

    Anna i Jerzy Turowiczowie mieli stałe miejsce w kościele św. Anny, gdzie pojawiali się co niedzielę na mszy. Kaznodziejami byli wówczas w kościele m.in. ks. Jan Pietraszko (później biskup pomocniczy w Krakowie) oraz ks. prof. Józef Tischner.

    Kolegiata św. Anny

    Anna i Jerzy Turowiczowie mieli stałe miejsce w kościele św. Anny, gdzie pojawiali się co niedzielę na mszy. Kaznodziejami byli wówczas w kościele m.in. ks. Jan Pietraszko (później biskup pomocniczy w Krakowie) oraz ks. prof. Józef Tischner.

    O swojej wierze, choć niewątpliwie była najważniejszą sprawą w jego w życiu, mówił dyskretnie i niewiele. Mniej więcej tak, jak w wypowiedzi dla miesięcznika Znak z 1997 roku: "Bóg żąda od nas, oczekuje, że będziemy dążyć do świętości i będziemy próbować zmieniać świat. I to bynajmniej nie jest bez wartości, nie idzie na marne, choć ostateczny rezultat wszystkich naszych starań zależy od Boga. Modlitwa uwielbienia daje nam świadomość, że choćbyśmy najbardziej zawiedli oczekiwania Boże, choćbyśmy najbardziej zawinili i choćby naszych win nic nie usprawiedliwiało, to ostateczny bilans naszej historii i historii ludzkiej w ogóle zaświadczy o tym, że pomimo wszystko wola Boża się wypełniła".