Kraków

Dół

Szlak Heleny Modrzejewskiej

Kraków

  • Kraków

    „Kraków! To jest naprawdę Kraków – który był mi wszystkim: kołyską, niańką, opiekunem i wychowawcą. Tutaj się urodziłam i tutaj urosłam. Tutejsze drzewa i gwiazdy uczyły mnie myśleć Od tych tutaj łąk i pól usianych dzikimi kwiatami uczyłam się harmonii barw, a tęskny śpiew słowika odzywał się w moich pierwszych marzeniach o miłości i pięknie. Sławny dzwon Zygmunta w katedrze, jego głos dźwięczny i głęboki przywoływał mi w pamięci chlubną przeszłość Polski; organy kościelne mówiły o Bogu i Jego Aniołach, witraże, posągi i ołtarze – o sztuce, jej znaczeniu i godności".

    Kraków

    „Kraków! To jest naprawdę Kraków – który był mi wszystkim: kołyską, niańką, opiekunem i wychowawcą. Tutaj się urodziłam i tutaj urosłam. Tutejsze drzewa i gwiazdy uczyły mnie myśleć Od tych tutaj łąk i pól usianych dzikimi kwiatami uczyłam się harmonii barw, a tęskny śpiew słowika odzywał się w moich pierwszych marzeniach o miłości i pięknie. Sławny dzwon Zygmunta w katedrze, jego głos dźwięczny i głęboki przywoływał mi w pamięci chlubną przeszłość Polski; organy kościelne mówiły o Bogu i Jego Aniołach, witraże, posągi i ołtarze – o sztuce, jej znaczeniu i godności".

    [Wspomnienia, 1956, s. 8]

     

    Pożar Krakowa 1850: „Pewnej lipcowej niedzieli w południe – rok 1850 – upał panował nie do wytrzymania.[…] Nagle ktoś otworzył drzwi z przyległego pokoju z okrzykiem: „Dolne Młyny się palą!“ […] W pół godziny potem, nie więcej, widzimy płomienie na dachu pałacu biskupiego na ulicy Franciszkańskiej a prawie równocześnie – czerwone języki ognia liżące dach domu naprzeciw nas na ulicy Grodzkiej.[…] Moja biedna matka […] kazała ciotce Teresie odprowadzić nas na błonia św. Sebastiana [dziś ul. Westerplatte], położone przy końcu Alei Kasztanowej […] ja wypełniam jej rozkaz natychmiast, biorę pod pachę żywot św. Genowefy, książkę, którą właśnie zaczęłam czytać…[…] Po błoniach krążą bezładnie mężczyźni, kobiety i dzieci, wszyscy obarczeni przedmiotami, które udało się uratować z płomieni. Mężczyźni chodzą tam i z powrotem, znosząc umeblowanie, pościel, ubrania i zrzucając je na stos, każdy dla siebie. Nie ulega wątpliwości, że noc zamierzają tutaj spędzić. Ludzie, konie, psy, ptaki w klatkach, koty – wszystko to siedzi jedno drugiemu na głowach. Opuszczone, wśród obcych ludzi, miałyśmy właśnie wybuchnąć płaczem, gdy w końcu oczom naszym ukazała się ukochana, zdyszana i wyczerpana, z falującą piersią ciotka Teresa, mając pokaźnych rozmiarów kołdrę puchową na jednym ramieniu i moją dużą lalę, przyciśniętą do boku, pod drugim. To jej się wydało w popłochu, jedynie godne uratowania.” [Wspomnienia, 1956, s. 38-41]

     

    Lu Freeman w Krakowie: „Dzień jest cudowny, słońce świeci wesoło, śnieg skrzypi pod stopami, za saniami ciągnie się melodyjny śpiew dzwonków; uniesienie napełnia mnie po brzegi, czuję się lekka jak piórko". [Wspomnienia, 1956, s. 9]

     

    W liście z 7 września 1882, z Anglii, Modrzejewska napisała do matki: „Za dziesięć miesięcy wracam do Krakowa, na zawsze, Bogu dzięki". [Korespondencja, 2000, list 97]

  • Bielany

     

    Letnie wyprawy po roku 1850 – Bielany

    […] ale w lecie przybywały jeszcze wycieczki: po pierwsze na Panieńskie Skały, gdzie dziko rosły konwalie; potem na Bielany, gdzie stoi klasztor braci Karmelitów, zbudowany na wysokim wzgórzu wśród stuletnich dębów; budowla to niezwykle malownicza i zamieszkana przez równie malowniczych mnichów i białych habitach i opończach. Zwiedzaliśmy także, choć rzadko, Smoczą Jamę; bo również Polacy mają w swoich legendach motyw zabicia smoka przez pierwszego ich władcę Krakusa, od którego to imienia Kraków wziął swoją nazwę. Bardzo często chodziliśmy na Kopiec Kościuszki wzniesiony przez naród, usypany rękami tysięcy ludzi ku jego chwale”.

     

    Bielany

    Bielany

     

    Letnie wyprawy po roku 1850 – Bielany

    […] ale w lecie przybywały jeszcze wycieczki: po pierwsze na Panieńskie Skały, gdzie dziko rosły konwalie; potem na Bielany, gdzie stoi klasztor braci Karmelitów, zbudowany na wysokim wzgórzu wśród stuletnich dębów; budowla to niezwykle malownicza i zamieszkana przez równie malowniczych mnichów i białych habitach i opończach. Zwiedzaliśmy także, choć rzadko, Smoczą Jamę; bo również Polacy mają w swoich legendach motyw zabicia smoka przez pierwszego ich władcę Krakusa, od którego to imienia Kraków wziął swoją nazwę. Bardzo często chodziliśmy na Kopiec Kościuszki wzniesiony przez naród, usypany rękami tysięcy ludzi ku jego chwale”.

     

     

    [Wspomnienia, 1957, s. 49]

     

  • Błonia, Panieńskie Skały, Kopiec Kościuszki

     

    Błonia. Spacery na wieś

    „Na wiosnę każdego ranka o pół do szóstej szłyśmy obowiązkowo z trójką braci na dwumilowy (3 km) spacer na wieś, gdzie czekała na nas szklanka mleka z kromką chleba. Potem powracałyśmy do domy na śniadanie i szłyśmy do szkoły najdłuższą drogą wzdłuż rzeki, gdzie chłopcy zazwyczaj popisywali się sztukami gimnastycznymi, spacerując po krawędzi bariery wzniesionej dla ochrony przed upadkiem w odmęty; w tych ćwiczeniach musiałam brać udział. Było to dokładnie w tym miejscu, gdzie utopił się mój wuj ksiądz…”

     

    Błonia, Panieńskie Skały, Kopiec Kościuszki

    Błonia, Panieńskie Skały, Kopiec Kościuszki

     

    Błonia. Spacery na wieś

    „Na wiosnę każdego ranka o pół do szóstej szłyśmy obowiązkowo z trójką braci na dwumilowy (3 km) spacer na wieś, gdzie czekała na nas szklanka mleka z kromką chleba. Potem powracałyśmy do domy na śniadanie i szłyśmy do szkoły najdłuższą drogą wzdłuż rzeki, gdzie chłopcy zazwyczaj popisywali się sztukami gimnastycznymi, spacerując po krawędzi bariery wzniesionej dla ochrony przed upadkiem w odmęty; w tych ćwiczeniach musiałam brać udział. Było to dokładnie w tym miejscu, gdzie utopił się mój wuj ksiądz…”

    [Wspomnienia, 1957, s. 46]

     

     

    Letnie wyprawy po roku 1850 - Panieńskie Skały

    […] ale w lecie przybywały jeszcze wycieczki: po pierwsze na Panieńskie Skały, gdzie dziko rosły konwalie; potem na Bielany, gdzie stoi klasztor braci Karmelitów, zbudowany na wysokim wzgórzu wśród stuletnich dębów; budowla to niezwykle malownicza i zamieszkana przez równie malowniczych mnichów i białych habitach i opończach. Zwiedzaliśmy także, choć rzadko, Smoczą Jamę; bo również Polacy mają w swoich legendach motyw zabicia smoka przez pierwszego ich władcę Krakusa, od którego to imienia Kraków wziął swoją nazwę. Bardzo często chodziliśmy na Kopiec Kościuszki wzniesiony przez naród, usypany rękami tysięcy ludzi ku jego chwale”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 49]

    Letnie wyprawy po roku 1850 - Kopiec Kościuszki

    […] ale w lecie przybywały jeszcze wycieczki: po pierwsze na Panieńskie Skały, gdzie dziko rosły konwalie; potem na Bielany, gdzie stoi klasztor braci Karmelitów, zbudowany na wysokim wzgórzu wśród stuletnich dębów; budowla to niezwykle malownicza i zamieszkana przez równie malowniczych mnichów i białych habitach i opończach. Zwiedzaliśmy także, choć rzadko, Smoczą Jamę; bo również Polacy mają w swoich legendach motyw zabicia smoka przez pierwszego ich władcę Krakusa, od którego to imienia Kraków wziął swoją nazwę. Bardzo często chodziliśmy na Kopiec Kościuszki wzniesiony przez naród, usypany rękami tysięcy ludzi ku jego chwale”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 49]

  • Zwierzyniec. Lajkonik

    „Na kiju z końską głową wjeżdża chłop przy akompaniamencie muzyki złożonej z piszczałek i bębnów. Jest on uzbrojony w rodzaj buławy, w słomiany wiecheć, który zdziela każdego, kto mu się po drodze nawinie, robiąc przy tym humorystyczne uwagi, aluzje, i w ogóle zachowuje się w sposób daleki od poszanowania bliźnich. Jedyne lekarstwo na ukrócenie jego języka i uniknięcie razów – to wetknąć mu kilka groszy, za co zazwyczaj pięknie dziękuje, chyba że wygląd, strój, gestykulacja lub sposób chodzenia ofiarodawcy pobudzi jego zmysł humoru.

    Zwierzyniec. Lajkonik

    Zwierzyniec. Lajkonik

     

    „Na kiju z końską głową wjeżdża chłop przy akompaniamencie muzyki złożonej z piszczałek i bębnów. Jest on uzbrojony w rodzaj buławy, w słomiany wiecheć, który zdziela każdego, kto mu się po drodze nawinie, robiąc przy tym humorystyczne uwagi, aluzje, i w ogóle zachowuje się w sposób daleki od poszanowania bliźnich. Jedyne lekarstwo na ukrócenie jego języka i uniknięcie razów – to wetknąć mu kilka groszy, za co zazwyczaj pięknie dziękuje, chyba że wygląd, strój, gestykulacja lub sposób chodzenia ofiarodawcy pobudzi jego zmysł humoru. Wówczas po podzięce następuje taka wiązanka facecji i złośliwości, że dobroczyńca wkrótce żałuje swojej szczodrobliwości i zmyka przed prześladowcą wśród huraganowego śmiechu gawiedzi. Ten zabawny obyczaj został ustanowiony po jednym z najazdów tatarskich, dla uczczenia wieśniaka nazwiskiem Miciński, który uratował Kraków przybywając pędem wśród nocy na koniu do miasta i ostrzegając władze przed zbliżaniem się hordy. Od owego czasu przywilej urządzania takiego widowiska został przyznany jemu i jego potomnym, co w szczęśliwych czasach Polski, gdy ojcowie miast oznaczali się wielką hojnością, okazało się niezłym źródłem dochodów dla rodziny Micińskich.

    Obecnie Lajkonik jest już tylko niewybredną błazenadą, choć potrafił jeszcze wywołać głośny wybuch śmiechu cesarza Franciszka Józefa, gdy w młodości przyjechał po raz pierwszy do Krakowa”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 50-51]

  • Krzemionki

     

    „…matka zmieniła zamiar i postanowiła, abyśmy poszły na tzw. Krzemionki, położone na wzniesieniu, i tam poprosiły o gościnę panią X., starą znajomą mojej ciotki. Wzgórza te są oddalone około trze mil [5 km.] od Krakowa. Wspinamy się pod górę i o zachodzie słońca dochodzimy do domostwa pani X. Po obfitej kolacji, którą kończymy wśród zupełnych niemal ciemności, wychodzimy na sam szczyt wzniesienia, ażeby spojrzeć na płonące miasto.

    Krzemionki

    Krzemionki

     

    Krzemionki, 1850

    „…matka zmieniła zamiar i postanowiła, abyśmy poszły na tzw. Krzemionki, położone na wzniesieniu, i tam poprosiły o gościnę panią X., starą znajomą mojej ciotki. Wzgórza te są oddalone około trze mil [5 km.] od Krakowa. Wspinamy się pod górę i o zachodzie słońca dochodzimy do domostwa pani X. Po obfitej kolacji, którą kończymy wśród zupełnych niemal ciemności, wychodzimy na sam szczyt wzniesienia, ażeby spojrzeć na płonące miasto.

    Wielkie nieba! Co za widok! Całe miasto w ogniu, Płomienie, jasne i czarne kłęby dymu, iskry wystrzelające wysoko w powietrze, i – o Boże, takie czerwone, krwawe niebo! Straszne to, a zarazem porywające. Nie mogę się powstrzymać od podziwu nad tym obrazem. Klasnęłam w dłonie i zawołałam – „O, jakie to wspaniałe!” – Mój wybuch zachwytu został przerwany bolesnym klapsem w plecy i głosem ciotki Teresy, który zabrzmiał mi nad uchem jak trąba archanielska:

    „O, ty niegodziwa dziewczyno! Setki domów idzie z dymem, a ty się cieszysz z tego powodu! Uklęknij i proś Boga o przebaczenie twojej winy”. – I wziąwszy mnie za ramię popchnęła w kierunku domu. Ale wówczas wstyd, podniecenie, gniew – owładnęły mną niepodzielnie, zaczynać bić gryźć, drapać paznokciami i w ogóle zachowywać się jak dzikie zwierzątko, aż wyczerpana wybucham niepohamowanym szlochem, po którym chwyta mnie ostry skurcz serca. Nie pamiętam co było potem. Obudziłam się w mały saloniku, leżąc na kanapie.[…] Ubrana w nocną koszulę pani X., w strój tak obszerny, że ginęłam w nim po prostu, uklękłam do wieczornej modlitwy, smutna, złamana, pełna skruchy. Po raz pierwszy w życiu położono mnie do obcego łóżka i kiedy tak leżałam oglądając ściany zawieszone portretami i dagerotypami nie znanych mi osób, z uczuciem żalu uświadomiłam sobie, że utraciłam dom mego dzieciństwa na zawsze.

    Pożar trwał dziesięć dni. Przez ten czas nie było ani jednej nocy nie rozświetlonej płomieniami, ani jednego dnia bez nowego alarmu. Każdy podmuch wiatru rozniecał na nowo ogień stłumiony pod popiołami, dając powód do nowej paniki”.

    [Wspomnienia, 1957, s.41-42]

  • Kazimierz

    Na ulicach błoto i brud okropny, przy tym gwar i harmider nie do opisania, jak u Żydów na Kazimierzu

    Kazimierz

    Na ulicach błoto i brud okropny, przy tym gwar i harmider nie do opisania, jak u Żydów na Kazimierzu (…) [Korespondencja, 1965, list 182]

  • Kościół oo. Paulinów na Skałce

    „Pismo Zarządu Związku Narodowego Polskiego w Stanach Zjednoczonych do Rady Miasta Krakowa z dnia 28 maja 1909 z prośba o rozważenie propozycji pochowania Heleny Modrzejewskiej w krypcie zasłużonych w kościele oo. Paulinów na Skałce”.

    Kościół oo. Paulinów na Skałce

    Kościół oo. Paulinów na Skałce

     

    „Pismo Zarządu Związku Narodowego Polskiego w Stanach Zjednoczonych do Rady Miasta Krakowa z dnia 28 maja 1909 z prośba o rozważenie propozycji pochowania Heleny Modrzejewskiej w krypcie zasłużonych w kościele oo. Paulinów na Skałce”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 47]

    „Pismo komitetu pogrzebowego do Prezydenta Miasta Krakowa z dnia 1 czerwca w sprawie dofinansowania uroczystości pogrzebowych Heleny Modrzejewskiej. Miasto przeznaczyło na ten cel 1000 koron”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 47]

    „Uchwała Rady Miejskiej Krakowa z dnia 3 czerwca 1909 w sprawie wzięcia udziału Rady w uroczystościach pogrzebowych Heleny Modrzejewskiej”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 48]

    „Na posiedzeniu w dniu 4 lipca 1909 opiniowano propozycję Zarządy Związku Narodowego Polskiego w Stanach Zjednoczonych, złożenia zwłok Heleny Modrzejewskiej w krypcie zasłużonych w kościele oo. Paulinów na Skałce”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 48]

    „Uchwała z dnia 5 lipca 1909 r. w sprawach: wstrzymania się z działaniami mającymi na celu pochowanie Heleny Modrzejewskiej w krypcie zasłużonych w kościele oo. Paulinów na Skałce, w związku z jej życzeniem spoczęcia na cmentarzu Rakowickim („przy grobie matki”) i przyjęcia programu uroczystości pogrzebowych artystki”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 48]

    „Pismo komitetu pogrzebowego do Prezydenta Miasta Krakowa z dnia 14 lipca 1909 r. z programem uroczystości pogrzebowych Heleny Modrzejewskiej”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 48]

  • Smocza Jama

     

    Letnie wyprawy po roku 1850 - Smocza Jama

    [w sezonie 1867/68]: „Nie mogłam wyjechać na wieś z powodu złej pogody, ale wyjeżdżałam za miasto końmi między jednym deszczem a drugim…”

    Smocza Jama

    Smocza Jama

     

    Letnie wyprawy po roku 1850 - Smocza Jama

    [w sezonie 1867/68]: „Nie mogłam wyjechać na wieś z powodu złej pogody, ale wyjeżdżałam za miasto końmi między jednym deszczem a drugim…”

    [Wspomnienia, 1957, s. 164; w czasie późniejszych gościnnych wizyt, bywała również chętnie na konnych wyścigach w Krakowie]

  • Wawel

    „Część zamku została odnowiona i obrócona na austriackie koszary, ale stara partia budynków, oblatująca z tynku i z dachami pokrytymi mchem, wciąż jeszcze patrzy z góry na miasto swoimi małymi, okratowanymi oknami i wielką, kamienną bramą. Można by rzec, że to bardzo stary i samotny człowiek zmrużywszy ze zmęczenia oczy i z otwartymi ustami rozmyśla o przeszłości. Był on świadkiem okropności wojen, zbrodni, namiętności, zwycięstw, uzasadnionej dumy i pychy, zaszczytów, jak i niewypowiedzianych smutków i klęsk, wielkich cnót chrześcijańskich i potwornego bezprawia, a w końcu zupełnego upadku szlachetnego narodu”.

    Wawel

    „Część zamku została odnowiona i obrócona na austriackie koszary, ale stara partia budynków, oblatująca z tynku i z dachami pokrytymi mchem, wciąż jeszcze patrzy z góry na miasto swoimi małymi, okratowanymi oknami i wielką, kamienną bramą. Można by rzec, że to bardzo stary i samotny człowiek zmrużywszy ze zmęczenia oczy i z otwartymi ustami rozmyśla o przeszłości. Był on świadkiem okropności wojen, zbrodni, namiętności, zwycięstw, uzasadnionej dumy i pychy, zaszczytów, jak i niewypowiedzianych smutków i klęsk, wielkich cnót chrześcijańskich i potwornego bezprawia, a w końcu zupełnego upadku szlachetnego narodu”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 11]

  • Bulwary Wiślane

     

    Bulwary Wiślane. Wianki

    „Z wszystkich uroczystości najbardziej lubiłam Wianki. W dzień św. Jan nieprzeliczone tłumy krakowian gromadzą się na pewnym odcinku nad brzegiem Wisły. Schodzić zaczynają się już popołudniu, chociaż uroczystość rozpoczyna się dopiero o zmierzchu. Pomału jedne za drugimi małe łodzie ustrojone listowiem i kwiatami pojawiają się na sfalowanych wodach rzeki. W niektórych wiosłuje jeden samotny młody człowiek, w innych jest ich po trzech albo czterech. W końcu na dużej tratwie wjeżdża tryumfalnie wśród serdecznego aplauzu grupa studentów i śpiewaków.

    Bulwary Wiślane

    Bulwary Wiślane

     

    Bulwary Wiślane. Wianki

    „Z wszystkich uroczystości najbardziej lubiłam Wianki. W dzień św. Jan nieprzeliczone tłumy krakowian gromadzą się na pewnym odcinku nad brzegiem Wisły. Schodzić zaczynają się już popołudniu, chociaż uroczystość rozpoczyna się dopiero o zmierzchu. Pomału jedne za drugimi małe łodzie ustrojone listowiem i kwiatami pojawiają się na sfalowanych wodach rzeki. W niektórych wiosłuje jeden samotny młody człowiek, w innych jest ich po trzech albo czterech. W końcu na dużej tratwie wjeżdża tryumfalnie wśród serdecznego aplauzu grupa studentów i śpiewaków.Na brzegu trochę powyżej poziomu rzeki znajduje się druga grupa złożona z młodych dziewcząt. Każda z nich trzyma w ręku wieniec kwiatów przymocowany wstążkami do kwadratowej deseczki z kagankiem woskowym albo świecą pośrodku. Wieńce te wyróżniają się odmiennymi kolorami wstążek. Z nastaniem nocy na dany znak dziewczęta puszczają swoje oświetlone wieńce na wodę i pozwalają im płynąć z biegiem prądu.Miłe, małe girlandy! Każda z nich unosi z sobą myśl ludzką, bolesną tęsknotę, westchnienie, nadzieję albo życzenie wysyłane w kierunku wyimaginowanego albo już wybranego kochanka i tak po dwie, trzy i cztery, ścigają się wzajemnie z dala od siebie albo skupione razem, posuwają się po uroczym nurcie ku swemu nieznanemu przeznaczeniu. Równocześnie z pojawieniem się na wodzie tych niepewnych listów miłosnych młodzi ludzie zaczynają za nimi pościg. Sterując wprawnie swoimi szybkimi małymi łódkami pośród pływających kwietnych wysepek, próbują łowić je z rzeki nie gasząc światełek. To wymaga pewnej zręczności. Często dwóch wioślarzy zmierza do tego samego wieńca, zatem rozpoczyna się walka, zazwyczaj fatalna w skutkach dla przedmiotu ich pragnień. Ów widok wywołuje wielkie podniecenie wśród dziewcząt, które śledzą grę z napięciem. Dokoła słyszy się takie głosy jak: – To jest wieniec Wandy, co za wstyd! Biedna, biedna Wanda! – Łatwo wytłumaczyć te okrzyki żalu. – Panuje u nas bowiem przesąd, że dziewczyna, której wieniec został wyłowiony cało, z płonącym światłem, wkrótce wyjdzie szczęśliwe za mąż; ale ta, której wieniec zatonie albo światło na nim zgaśnie, skazana jest na staropanieństwo, albo nawet wczesną śmierć.Po skończonej zabawie chóralny śpiew studentów zagłusza podniecone tłumy. Ludzie milkną nagle, wsłuchując się z przyjemnością w świeże, młode głosy, których ton niesie się czysto i nieporównanie pięknie, jak zawsze muzyka rozbrzmiewająca nocą i wśród ciszy. Po kilku pieśniach olśniewające ognie bengalskie zalewają światłem łodzie, stary zamek, lud wiejski stłoczony w oddali na przeciwległym brzegu Wisły, a potem na zakończenie śpiewa się hymn narodowy. Och, ten hymn zawierający w sobie wszystko – łzy, błagania i pragnienie odwetu. Tłumy podejmują pieśń, a kiedy zamrze ostatni dźwięk, rozchodzą się do domów z ciężkim sercem, zamyśleni nad beznadziejnie tragicznym losem swego kraju”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 51-52]

  • Planty

    „…wchodzimy pomału w długą aleję wysadzaną kasztanami, która otacza miasto pierścieniem zamykającym się w pobliżu Wawelu. Ta aleja zwana Plantami jest ulubionym miejscem spacerów mieszkańców Krakowa w ciepłych porach roku, ale i w zimie nie pustoszeje zupełnie; studenci z rozmaitych szkół zawsze znajdują pretekst, by pospacerować po świeżym śniegu na swoich ukochanych Plantach. Naprawdę – nikt nie omija tej drogi. Pamiętam, że gdy byłam młodą aspirantką sztuki scenicznej, zwykłam wstawać o piątej rano, brałam swoją rolę i przechadzając się tam i z powrotem w cieniu rozłożystych drzew, uczyłam się tekstu na pamięć. O ósmej musiałam wracać z obawy, aby się nie narazić na żarciki studentów”.

    Planty

    Planty

     

    „…wchodzimy pomału w długą aleję wysadzaną kasztanami, która otacza miasto pierścieniem zamykającym się w pobliżu Wawelu. Ta aleja zwana Plantami jest ulubionym miejscem spacerów mieszkańców Krakowa w ciepłych porach roku, ale i w zimie nie pustoszeje zupełnie; studenci z rozmaitych szkół zawsze znajdują pretekst, by pospacerować po świeżym śniegu na swoich ukochanych Plantach. Naprawdę – nikt nie omija tej drogi. Pamiętam, że gdy byłam młodą aspirantką sztuki scenicznej, zwykłam wstawać o piątej rano, brałam swoją rolę i przechadzając się tam i z powrotem w cieniu rozłożystych drzew, uczyłam się tekstu na pamięć. O ósmej musiałam wracać z obawy, aby się nie narazić na żarciki studentów”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 12]

  • Ulica Stolarska

     

    „… zaprowadzono mnie i moją siostrę do pani R.[Radwańskiej], w której domu [przy ulicy Stolarskiej] miałyśmy pobierać początki edukacji. Ta czarująca pani była przyjaciółką mojej matki. Miała ona dwie wysoce wykształcone córki, Salomeę i Ludwinię, które zgodziły się na usilną prośbę mojej matki zostać naszymi nauczycielkami. Ja nauczyłam się czytać w wieku lat czterech, a kiedy miałam siedem, czytałam płynnie […] w okresie mojego dzieciństwa i młodości dziewczynki uczyły się czytać, kiedy miały cztery lata, a mając piętnaście były już przygotowane do obowiązków małżeńskich.

    Ulica Stolarska

    Ulica Stolarska

     

    „… zaprowadzono mnie i moją siostrę do pani R.[Radwańskiej], w której domu [przy ulicy Stolarskiej] miałyśmy pobierać początki edukacji. Ta czarująca pani była przyjaciółką mojej matki. Miała ona dwie wysoce wykształcone córki, Salomeę i Ludwinię, które zgodziły się na usilną prośbę mojej matki zostać naszymi nauczycielkami. Ja nauczyłam się czytać w wieku lat czterech, a kiedy miałam siedem, czytałam płynnie […] w okresie mojego dzieciństwa i młodości dziewczynki uczyły się czytać, kiedy miały cztery lata, a mając piętnaście były już przygotowane do obowiązków małżeńskich.

    Historie, które mi opowiadała panna Ludwinia, rozwinęły we mnie prawdziwą namiętność do czytania, czytałam więc wszystko, co mi w rękę wpadło, zarówno podręczniki szkolne brata jak i sentymentalne romanse wypożyczane przez pannę Apolonię z jakiejś ruchomej biblioteki. To fakt, że zaczęłam czytać na długo przedtem, zanim mogłam zrozumieć co czytam. […] Nie przypominam sobie dokładnie programu nauki, ale moimi ulubionymi przedmiotami byłą gramatyka, historia Polski i francuski, a jakieś postępy w nauce i w zachowaniu musiałam robić, skoro pewnego razu matka przyszła wyrazić swoją wdzięczność pani R. i jej córkom za dobroczynny wpływ, który na mnie wywarły […] jednak dwóch cech w moim charakterze nie udało się wyplenić, a to uporu i nieśmiałości. Och, to okropne, paraliżujące zawstydzenie, które tylokrotnie mi przeszkadzało […] przeklęta trwożliwość, która tyle razy, nawet wówczas, gdy byłam już dorosła, nie pozwalała mi na wykazanie mojej wartości w zestawieniu z czyjąś bezwstydną ignorancją. Jakże często złorzeczyłam tej ułomności, nie mogąc jednak jej przezwyciężyć! Nawet moja długoletnia kariera sceniczna nie wyleczyła mnie doszczętnie z tej choroby, którą nasz polski poeta Asnyk, a mój stary i wyrozumiały przyjaciel, nazywał „atakami skromności”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 31-32]

  • Ulica Stolarska. Areszt Austriacki

    „Naprzeciw domu pani R.[Radwańskiej] znajdował się duży budynek z oknami zasłoniętymi od dołu. Było to prowizoryczne więzienie dla przestępców politycznych. Pewnego razu spostrzegłam, że panna Salomei siedzi przy otwartym oknie z kartką papieru i ołówkiem przed sobą i wpatruje się z uwagą w dom naprzeciwko, jakby oczekiwała na coś, albo spodziewała się coś ciekawego zobaczyć. Po chwili zaczęła śpiewać melancholijną polska pieśń. Gdy tylko prześpiewała pierwszą linijkę w jednym z okien więziennych powyżej „kosza” ukazała się duża biała ręka i poczęła kreślić w powietrzu palcem wskazującym jakieś litery.

    Ulica Stolarska. Areszt Austriacki

    Ulica Stolarska. Areszt Austriacki

     

    „Naprzeciw domu pani R.[Radwańskiej] znajdował się duży budynek z oknami zasłoniętymi od dołu. Było to prowizoryczne więzienie dla przestępców politycznych. Pewnego razu spostrzegłam, że panna Salomei siedzi przy otwartym oknie z kartką papieru i ołówkiem przed sobą i wpatruje się z uwagą w dom naprzeciwko, jakby oczekiwała na coś, albo spodziewała się coś ciekawego zobaczyć. Po chwili zaczęła śpiewać melancholijną polska pieśń. Gdy tylko prześpiewała pierwszą linijkę w jednym z okien więziennych powyżej „kosza” ukazała się duża biała ręka i poczęła kreślić w powietrzu palcem wskazującym jakieś litery. Zaraz potem panna Salomea napisała kilka słów, znowu podniosła oczy i śledząc rękę, notowała o czym więzień donosił. Czyniła to kilka dni z rzędu, zapiski odczytywała szeptem matce i siostrze, a potem, po jakiejś naradzie, wysyłano zazwyczaj Feliksa [Bendę, brata Heleny] w rozmaite miejsca, z kolei zjawiali się jacyś obcy przybysze i wszyscy zamykali się w salonie. To tylko zdołałam zauważyć. Na próżno łamałam sobie głowę nad znaczeniem tego wszystkiego, aż pewnego dnia panna Salomea widząc, że jest obserwowana, wyjaśniła mi, że człowiek, który znajduje się naprzeciw jest kimś jej bardzo bliskim, że Austriacy uwięzili go bezprawnie i że ona i jej rodzina starają się o uwolnienie go z więzienia. […] „Nienawidzę Austriaków” – powtarzałam sobie w duchu w drodze do domu, a słowa panny Salomei wywarły na mnie tak głębokie wrażenie, że wypisałam kilka razy: „nienawidzę Austriaków” w swoim zeszycie z wypracowaniami gramatycznymi”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 32]

  • Ulica Franciszkańska

     

    „Ulica na poły biała od księżycowego światła, a na poły głęboko i tajemniczo zaciemniona – stanowiła dla mnie wielką atrakcję. Wychyliwszy się trochę dostrzegałam plac Franciszkański i narożnik kościoła. Ten kąt placu napełniał mnie zawsze pewnym strachem. W dniach pogrzebów bardzo często widywałam, jak z wrót kościelnych wychodzą bracia Franciszkanie, o tak okropnej powierzchowności, że dzieci można było nimi straszyć. Członkowie tego zakonu noszą czarne habity, pomalowane od stóp do głowy w trupie czaszki, piszczele i płomienie. Nadto – czarne kaptury zaciągnięte na twarz i spadające w kształcie litery V poniżej brody, tak że wyglądają jak w maskach z okrągłymi otworami na oczy. Ten obyczaj jest średniowieczną pozostałością; sądzę, że nawet obecnie zakonnicy ci występują w takich strojach podczas niektórych kościelnych uroczystości.

    Ulica Franciszkańska

    Ulica Franciszkańska

     

    „Ulica na poły biała od księżycowego światła, a na poły głęboko i tajemniczo zaciemniona – stanowiła dla mnie wielką atrakcję. Wychyliwszy się trochę dostrzegałam plac Franciszkański i narożnik kościoła. Ten kąt placu napełniał mnie zawsze pewnym strachem. W dniach pogrzebów bardzo często widywałam, jak z wrót kościelnych wychodzą bracia Franciszkanie, o tak okropnej powierzchowności, że dzieci można było nimi straszyć. Członkowie tego zakonu noszą czarne habity, pomalowane od stóp do głowy w trupie czaszki, piszczele i płomienie. Nadto – czarne kaptury zaciągnięte na twarz i spadające w kształcie litery V poniżej brody, tak że wyglądają jak w maskach z okrągłymi otworami na oczy. Ten obyczaj jest średniowieczną pozostałością; sądzę, że nawet obecnie zakonnicy ci występują w takich strojach podczas niektórych kościelnych uroczystości.

    Plac Franciszkański miał jeszcze inną atrakcję: jak głosi stare podanie – w czasie jednej z okropnych epidemii, władze, nie mogąc sobie dać rady z grzebaniem umarłych, przykazały wrzucać zwłoki jedne na drugie do lochów kościoła. Brat mój zapewniał, że jeden z tych lochów znajduje się właśnie w tym rogu kościoła; w związku z tym nasłuchałam się też przeraźliwych historii o duchach. Wprawdzie duchy nie były tak uprzejme, by się zjawiać, ale za to w nocy, zza narożnika, wychodziły dwie chyba stuletnie sowy i przechadzały się w świetle księżyca, włócząc za sobą długie cienie, które je czyniły trzy razy większymi niż naprawdę. Te nieostrożne stworzenia poruszały się bardzo powoli i cicho rozpościerając od czasu do czasu skrzydła w bezowocnym wysiłku, by wzbić się w górę, ale niezdolne unieść nad ziemię swoich starych, niezgrabnych korpusów, opuszczały w rozpaczy swe opierzone ramiona, powłócząc nimi po bruku. Wyobrażałam sobie, że te upiorne ptaki są wcieleniem jakichś dusz pokutujących, czołgających się w kurzu i błagających o zmiłowanie. Ich widok przejmował mnie dreszczem, ale mimo to nie potrafiłam oczu od nich odwrócić i siedziałam tak podczas ciepłych, letnich nocy księżycowych zafascynowana i jak zahipnotyzowana. Jakie myśli błąkały mi się wówczas po dziecięcej głowie, nie mogę sobie teraz przypomnieć, lecz gdy w wiele lat później studiowałam rolę Julii, grób Kapuletów żywo wywoływał w mojej pamięci tamte wrażenia z dzieciństwa, kościół Franciszkański, tajemnicze lochy i sowy jak zjawy”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 27-28]

  • Dom rodzinny na rogu ulicy Grodzkiej i placu Dominikańskiego

    „Mogę ci wskazać plac, gdzie stał, ale domu nie ma, spalił się w pożarze w roku 1850 […] stoimy przed nowym domem, zbudowanym na miejscu, gdzie znajdowało się nasze stare rodzinne mieszkanie […] dwa okna na drugim piętrze, tam mniej więcej spędziłam początkowe dziesięć lat mego życia”.

    Dom rodzinny na rogu ulicy Grodzkiej i placu Dominikańskiego

    Dom rodzinny na rogu ulicy Grodzkiej i placu Dominikańskiego

     

    „Mogę ci wskazać plac, gdzie stał, ale domu nie ma, spalił się w pożarze w roku 1850 […] stoimy przed nowym domem, zbudowanym na miejscu, gdzie znajdowało się nasze stare rodzinne mieszkanie […] dwa okna na drugim piętrze, tam mniej więcej spędziłam początkowe dziesięć lat mego życia”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 10]

  • Ulica Franciszkańska - rok 1848

    „… z ulicy zaczął dolatywać pomruk wielu głosów, który zbliżał się coraz bardziej i bardziej, aż nieopisany hałas wypełnił całą ulicę, a wśród niego wybił się jeden okrzyk: „Budujcie barykady!”. Z wszystkich domów wysypali się ich mieszkańcy niosąc łóżka, materace, krzesła, kanapy; ciskali je na jedną ogromną stertę, aż urosła barykada w poprzek ulicy. Naliczyliśmy – jedną, dwie, trzy barykady – ostatnią na końcu naszej ulicy; wychyliwszy się z okna mogliśmy dojrzeć pobłyskujące w dali austriackie bagnety. Nasze dziewczęta kuchenne pracowały z zapałem, znosząc ciężkie sztuki umeblowania, sprzęt kuchenny itp. i spiętrzając je na szczycie chwiejnej budowli.

    Ulica Franciszkańska - rok 1848

    Ulica Franciszkańska - rok 1848

     

    „… z ulicy zaczął dolatywać pomruk wielu głosów, który zbliżał się coraz bardziej i bardziej, aż nieopisany hałas wypełnił całą ulicę, a wśród niego wybił się jeden okrzyk: „Budujcie barykady!”. Z wszystkich domów wysypali się ich mieszkańcy niosąc łóżka, materace, krzesła, kanapy; ciskali je na jedną ogromną stertę, aż urosła barykada w poprzek ulicy. Naliczyliśmy – jedną, dwie, trzy barykady – ostatnią na końcu naszej ulicy; wychyliwszy się z okna mogliśmy dojrzeć pobłyskujące w dali austriackie bagnety. Nasze dziewczęta kuchenne pracowały z zapałem, znosząc ciężkie sztuki umeblowania, sprzęt kuchenny itp. i spiętrzając je na szczycie chwiejnej budowli. Za każdym razem, gdy wspinały się na górę, obrzucały wyzwiskami austriackich żołnierzy i wygrażały im czerwonymi pięściami, aplikując niepochlebne i raczej śmieszne epitety.[…] Moja siostra i ja śledziłyśmy z zainteresowaniem, jak oddział Gwardii Narodowej roztasowuje się pod ochronną barykadą […]aż niespodziewany i głośny wystrzał z działa poderwał nas i rzucił w objęcia matki.[…] W tym momencie przeraźliwy huk wstrząsnął domem aż do fundamentów. Coś niepomiernie ciężkiego ugodziło w ścianę, a zaraz potem coś równie ciężkiego upadło na bruk chodnika. […] „Granat urwał pół żelaznego balkonu i wybił dużą dziurę w ścianie!” – Wybuchy armatnie nie ustawały, ulicę wypełniały wrzaski i okrzyki tłumu, a potem z odgłosem podobnym do strzelania z biczów karabiny przystąpiły do dzieła. Strzelanina wzmagała się coraz bardziej, a równocześnie słychać było trzask wybijanych szyb, które spadały wraz z kulami na podłogę.[…] Strzelanina uciszyła się na chwilę, więc podeszliśmy do okna. Po przeciwnej stronie ulicy leży jakiś mężczyzna leży na wznak na bruku; koszule ma otwartą a w środku jego piersi świeci czerwona rana. Przy nim klęczy kobieta i próbuje zatamować krew, która spływa na chodnik. Twarz mężczyzny jest biała, oczy szeroko otwarte, nieruchome. Na środku jezdni chłopiec dziesięcioletni albo dwunastoletni leży z twarzą ku ziemi.[…] Znoszą innych mężczyzn. Ulica rozbrzmiewa ludzkim płaczem i lamentami, a my siedzimy przy oknie i patrzymy bez końca, chłonąc każdy szczegół tego ponurego, nigdy nie zapomnianego widowiska:”

    [Wspomnienia, 1957, s. 22-24]

  • Teatr domowy

    „… brak [teatru] nagradzały nam koncerty dawane u nas w domu przez zaprzyjaźnionych artystów. Pani Majeranowska, z domu Hofman, podówczas młoda i bardzo utalentowana kobieta, później znana śpiewaczka operowa, i Bogucki, wspaniały basista – basso profondo dali nam wiele nigdy nie zapomnianych chwil artystycznego wzruszenia.[…]

    Teatr domowy

    „… brak [teatru] nagradzały nam koncerty dawane u nas w domu przez zaprzyjaźnionych artystów. Pani Majeranowska, z domu Hofman, podówczas młoda i bardzo utalentowana kobieta, później znana śpiewaczka operowa, i Bogucki, wspaniały basista – basso profondo dali nam wiele nigdy nie zapomnianych chwil artystycznego wzruszenia.[…]

    Moi trzej bracia przyrodni przepadali za teatrem i błagali matkę o pozwolenie na urządzenie domowego teatru. Zmęczona ich nieustannym naleganiem zgodziła się w końcu… […] ku mojej wielkiej radości mieliśmy co miesiąc prawdziwe przedstawienie. Józef, najstarszy, chociaż już żonaty, malował dekoracje, Szymon miał opiekę nad stroną wokalno-muzyczną, a Feliks kreował głównych bohaterów, Z czterema czy pięcioma młodymi studentami stworzyli trupę. Dziewczęta nie były dopuszczane do tego związku aktorskiego, a chłopcy brali na siebie partie kobiece. Przypominam sobie jeszcze teraz pewnego młodego, rudego i piegowatego młodzieńca, nazwiskiem Jahnsen, który – ubrany w białe muśliny i białe pończochy zamiast bucików, prawdopodobnie w tym celu, żeby krok uczynić bajecznie lekkim – recytował dramaty poetyckie i dawał raz po raz powód do frenetycznych oklasków. On i Feliks byli najlepszymi aktorami w zespole.

    Mieliśmy dużo takich przedstawień i wielu przyjaciół przychodziło je oglądać. Wyrażali pochwały, albo ganili, to zależało od wartości wykonawców. I to były pierwsze lekcje sztuki dramatycznej, jakie otrzymałam. Kto wie, czy ten dziecięcy entuzjazm dla teatru nie zaważył na moim losie, a także na losie mojej siostry i dwóch braci. Wszyscy czworo poszliśmy na scenę”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 35-36]

  • Plac Dominikański -Statuetka Matki Boskiej

    „Po przeciwnej strony ulicy Szerokiej [placu Dominikańskiego] stoi stary dom, który cudem uniknął zniszczenia od austriackich bomb i pożaru, zupełnie nietknięty i żałosny w swym wyglądzie, ze ścianami wybrzuszonymi i zapadającymi się w ziemię, z małymi, kwadratowymi okienkami. W wydrążeniu na jego narożniku, w niszy nakrytej blaszanym daszkiem, znajduje się statuetka Matki Boskiej.

    Plac Dominikański  -Statuetka Matki Boskiej

    Plac Dominikański -Statuetka Matki Boskiej

     

    „Po przeciwnej strony ulicy Szerokiej [placu Dominikańskiego] stoi stary dom, który cudem uniknął zniszczenia od austriackich bomb i pożaru, zupełnie nietknięty i żałosny w swym wyglądzie, ze ścianami wybrzuszonymi i zapadającymi się w ziemię, z małymi, kwadratowymi okienkami. W wydrążeniu na jego narożniku, w niszy nakrytej blaszanym daszkiem, znajduje się statuetka Matki Boskiej. Dziesięć złotych gwiazdek otacza aureolą jej głowę, upiększoną pracowicie wykonanymi puklami włosów, złoty pas ze złotą sprzączką ściska talię i fałdy niebieskiej szaty, spływającej z gracją do stóp postaci. Jej prawa wyciągnięta ręka zdaje się błogosławić przechodniów, oczy zwracają się ku niebu, a stopy spoczywają lekko na srebrnym sierpie księżyca. Słowem – barokowy zabytek.[…] uśmiecham się czule do figurki […] Wspominam, jak przemożny wpływ miał ten wizerunek Matki Boskiej na moje dzieciństwo.[…] Wówczas nie był dla mnie brzydactwem. Przeciwnie – był najcudowniejszym wcieleniem cnoty, łaski i uczuć macierzyńskich. W moim dziecięcym umyśle budził upojne marzenia o aniołach i świętych. Wierzyłam głęboko, że Matka Boska kocha mnie i wielekroć zwierzałam jej szeptem w długich opowieściach swoje dziecięce strapienia i smutki. Wiedziałam na pewno, że Ona mnie słyszy, mimo dzielącej nas ulicy Szerokiej. I każdego ranka i wieczora odmawiałam swoje modlitwy klęcząc na krześle przy oknie, tak by mieć przed oczyma jej wdzięczną postać.[…] do dzisiaj wdzięczna jej jestem za te przebłyski, wprowadzenie na krótko w świat cudowności, co miało pozostawić niezatarty ślad w mej duszy”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 10-11]

  • Dominikańska Dom dr Schanzera

     

    „Katastrofa była całkowita. W tym czasie matka starała się znaleźć jakieś mieszkanie, ale bez powodzenia. Każdy ocalały dom, każdy stryszek a nawet piwnice przepełnione były ludźmi, którzy znaleźli się bez dachu nad głową. W końcu dr Schanzer zaofiarował nam dwa pokoje do czasu, aż będziemy mogły wynająć większe mieszkanie, czy samodzielny domek.

    Dominikańska Dom dr Schanzera

     

    „Katastrofa była całkowita. W tym czasie matka starała się znaleźć jakieś mieszkanie, ale bez powodzenia. Każdy ocalały dom, każdy stryszek a nawet piwnice przepełnione były ludźmi, którzy znaleźli się bez dachu nad głową. W końcu dr Schanzer zaofiarował nam dwa pokoje do czasu, aż będziemy mogły wynająć większe mieszkanie, czy samodzielny domek.

    W okresie pobytu w domu dr Schanzera pozostawiono mnie całkowicie mojemu losowi, gdyż każdy miał dosyć własnych kłopotów, a jak używałam wolności w sposób, który mi najbardziej odpowiadał. Ukryta za koszami i tłumokami z odzieżą, oddawałam się całym sercem nieustającej lekturze żywota mojej ukochanej świętej, miłej św. Genowefy. W tych chwilach czułam się zupełnie pocieszona po stracie swego domu, bo czyż nie mogliśmy pójść do lasu, tak jak ona to uczyniła, żyjąc roślinami i korzonkami, dopóki nie napotkamy dobrotliwej łani, która nakarmi nas swoim mlekiem. […]

    Moja matka straciła w pożarze prawie całe swoje mienie. Dwa domy przynosiły jej wcale piękny dochód. Domy były wysoko asekurowane, ale przez jakieś złośliwe zrządzenie losu opłaty asekuracyjnej za bieżący rok nie złożono we właściwym czasie. Opóźnienie wynosiło tylko dziesięć dni. Sprzedało się niewypalone ściany domu wraz z gruntem. Za te pieniądze i za pewne kwoty wypożyczone wśród ludzi mieliśmy żyć do czasu, aż bracia będą mogli nam pomóc”.

    [Wspomnienia, 1957, s.41-42].

     

     

    Spis ludności miasta Krakowa z roku 1857 podaje:

    „Miejsce zamieszkania Heleny Misel z rodziną: matką Józefą Benda, rodzeństwem: Józefą Misel oraz Szymonem i Feliksem Benda, w budynku przy pl. Dominikańskim 73, 74, 75 (obecnie ul. Dominikańska 1)”. [Materiały archiwalne, 2009, s. 40]

  • W nowym domu pod nieustalonym adresem [może ul. Dominikańska 1]

     

    „Było to jesienią 1850 roku, gdy mój brat Józef przedstawił matce pana Gustawa [Zimajera].[…] Nie od razu przyzwyczaiłyśmy się do niego, ale skończyło się na tym, żeśmy go polubiły, zwłaszcza dzięki temu, że w długie wieczory zimowe czytał nam na głos śliczne opowiadania. To on wprowadził do naszego domu zwyczaj czytania wieczorami na głos. Robiliśmy to na zmianę i podczas gdy matka i ciotka Teresa szydełkowały, a my, drobne dzieci, ubierałyśmy lub szyły stroje dla lalek, któryś z moich braci, albo ktoś inny, kto miał ochotę, czytywał na głos. Były to bardzo przyjemne, nigdy nie zapomniane, wieczory.[…]

    W nowym domu pod nieustalonym adresem [może ul. Dominikańska 1]

     

    „Było to jesienią 1850 roku, gdy mój brat Józef przedstawił matce pana Gustawa [Zimajera].[…] Nie od razu przyzwyczaiłyśmy się do niego, ale skończyło się na tym, żeśmy go polubiły, zwłaszcza dzięki temu, że w długie wieczory zimowe czytał nam na głos śliczne opowiadania. To on wprowadził do naszego domu zwyczaj czytania wieczorami na głos. Robiliśmy to na zmianę i podczas gdy matka i ciotka Teresa szydełkowały, a my, drobne dzieci, ubierałyśmy lub szyły stroje dla lalek, któryś z moich braci, albo ktoś inny, kto miał ochotę, czytywał na głos. Były to bardzo przyjemne, nigdy nie zapomniane, wieczory.[…]

    W kilka lat później moi trzej bracia rozproszyli się po świecie.[…] Nasz dom opustoszał i należało coś uczynić, aby go ożywić. Mój brat Adolf podsunął myśl, że […] moglibyśmy dawać przedstawienia […] i z tym zamiarem napisaliśmy we dwoje sztukę Nie mieliśmy sceny ani dekoracji, ale to było bez znaczenia Odnalazłszy jakiś szkic powieściowy z zarysem intrygi w piśmie ilustrowanym przerobiliśmy to na dramat w jednym akcie; ja napisałam dwie partie kobiece, a on uzupełnił je swoimi kwestiami. Wyszła z tego tragedia o mocnych akcentach dramatycznych, dziejąca się w Grecji. Zazdrosna kochanka czekała na swego oblubieńca […] gdyby nie zjawił się w terminie dama jego serca powzięła ze swej strony zamiar zażycia trucizny…[…] Sophronia ubrana w czarną suknię ciotki Teresy, pozawijaną i pospinaną tak, by odpowiadała memu wzrostowi, z czarną koronkową mantylą na głowie przechadzała się niespokojnie tam i na powrót.[…] Potem nastąpił krótki dialog między nią a jej grubiutką służebną, której długa szata okrutnie przeszkadzała w chodzeniu. […] biedny Hektor, po krótkim wyjaśnieniu, pada i umiera […] radość heroiny przemienia się w słowny upust rozpaczy i spazmatyczny płacz nad zwłokami ukochanego. Kurtyna! Droga ciotka Teresa ocieka sobie łzy, ale spojrzenie matki pozostało nieubłaganie poważne. […] powiedziała, że zrobiłam z siebie pośmiewisko przed dziećmi sąsiadów […] potem zakonkludowała: „Żadnych przedstawień więcej!”. Cios ten przyjęłam z płaczem.[…] Tyle trudu na nic! A ja przecież wystudiowałam moją partię tak uczciwie, i to nie tylko jej stronę słowną, lecz również gesty i pozy, co było zadaniem wcale niełatwym, zważywszy, że w naszym pokoju nie było lustra.[…] Zamiast lustra ustawiałam wobec tego lampę w środku pokoju i stają między nią a białą ścianą mogłam obserwować dokładnie swoją sylwetkę w całej okazałości, wyginając i krygując się na wszelkie możliwe sposoby. Wiele kłopotów miałam z opanowaniem ruchów rąk i nie lubiłam wyglądu moich dłoni, o palcach cokolwiek za krótkich; ani trochę nie przypominały mi one rąk widzianych na obrazach i posągach. Doszłam do wniosku, że najlepszy sposób posługiwania się nimi, to trzymać je stulone palcami, jak widywałam na niektórych starych obrazach w kościele […] gdy znalazłam się wobec naszego skromnego audytorium [złożonego z kilkorga dzieci, ich opiekunek, mojej matki i ciotki Teresy] zapomniałam o ramionach, o dłoniach i upozowaniu się. […] Porwałam rękopis, podarłam go w strzępki i rzuciłam w ogień…”

     

    [Wspomnienia, 1957, s.47-49]

  • Aleja Kasztanowa

     

    „Rankami bezpośrednio po zarwanych nocach wstawałam zazwyczaj o 5-tej i po tradycyjnej szklance kawy na śniadanie wychodziłam z tekstem mojej roli na świeże powietrze, w Aleję Kasztanową, albo najczęściej do Ogrodu Botanicznego, gdzie byłam pewna, że nikogo nie spotkam o tak wczesnej godzinie. Uczyłam się na głos, mając za akompaniament śpiewy ptaków, a jako natchnienie drzewa i kwiaty, a nade wszystko – wspaniałe, szarawe lub błękitne niebo, z fantastycznymi obłokami”.

    Aleja Kasztanowa

    Aleja Kasztanowa

     

    „Rankami bezpośrednio po zarwanych nocach wstawałam zazwyczaj o 5-tej i po tradycyjnej szklance kawy na śniadanie wychodziłam z tekstem mojej roli na świeże powietrze, w Aleję Kasztanową, albo najczęściej do Ogrodu Botanicznego, gdzie byłam pewna, że nikogo nie spotkam o tak wczesnej godzinie. Uczyłam się na głos, mając za akompaniament śpiewy ptaków, a jako natchnienie drzewa i kwiaty, a nade wszystko – wspaniałe, szarawe lub błękitne niebo, z fantastycznymi obłokami”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 136]

  • Ulica Szewska- Mieszkanie przy ul. Szewskiej

    W roku 1868 wynajmowała, razem z Karolem Chłapowskim, mieszkanie przy ul. Szewskiej, o czym zaświadcza akt ślubu z parafii św. Anny: „Akt małżeńska Heleny Jadwigi Misel-Modrzejewskiej, wdowy zamieszkałej przy ul. Szewskiej 230 [obecnie ul. Szewska 25], z Karolem Chłapowskim, kawalerem zamieszkałym przy ul. Szewskiej 230, zawartego w dniu 12 września 1868 r. Jednym ze świadków był Adam Skorupka, ówczesny dyrektor krakowskiego teatru”.

    Ulica Szewska-  Mieszkanie przy ul. Szewskiej

    Ulica Szewska- Mieszkanie przy ul. Szewskiej

     

    W roku 1868 wynajmowała, razem z Karolem Chłapowskim, mieszkanie przy ul. Szewskiej, o czym zaświadcza akt ślubu z parafii św. Anny: „Akt małżeńska Heleny Jadwigi Misel-Modrzejewskiej, wdowy zamieszkałej przy ul. Szewskiej 230 [obecnie ul. Szewska 25], z Karolem Chłapowskim, kawalerem zamieszkałym przy ul. Szewskiej 230, zawartego w dniu 12 września 1868 r. Jednym ze świadków był Adam Skorupka, ówczesny dyrektor krakowskiego teatru”.

     

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 40]

  • Rynek Główny 8, Pracownia Dokumentacji Życia i Twórczości Heleny Modrzejewskiej

     

    Pracownia Dokumentacji Życia i Twórczości Heleny Modrzejewskiej została powołana rozporządzeniem JM Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego z dnia 21 lipca 2009 roku jako jednostka pomocnicza w Katedrze Zarządzania Kulturą Instytutu Kultury Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

    Rynek Główny 8, Pracownia Dokumentacji Życia i Twórczości Heleny Modrzejewskiej

    Rynek Główny 8, Pracownia Dokumentacji Życia i Twórczości Heleny Modrzejewskiej

     

    Pracownia Dokumentacji Życia i Twórczości Heleny Modrzejewskiej została powołana rozporządzeniem JM Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego z dnia 21 lipca 2009 roku jako jednostka pomocnicza w Katedrze Zarządzania Kulturą Instytutu Kultury Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

    Pracownia jest multimedialną platformą badawczą, której głównym zadaniem jest przygotowanie, opracowanie i przekazanie do analizy naukowej materiałów dotyczących Heleny Modrzejewskiej. Placówka zajmuje się także dokumentowaniem bieżących wydarzeń związanych z aktorką, prowadzi działalność wydawniczą oraz współpracuje przy tworzeniu prac edytorskich, dąży do nawiązania współpracy z instytucjami i badaczami, których obszar prac pokrywa się z działalnością Pracowni.

  • Sienna 5, Fundacja Wspierania Badań nad Życiem i Twórczością Heleny Modrzejewskiej

    Fundacja dla Modrzejewskiej jest inicjatywą osób przekonanych, że obowiązkiem jest utrwalanie pamięci o wielkich Artystach, którzy odeszli, a ich życie i sztuka stanowią istotną część narodowego dziedzictwa i dają wzory postaw obywatelskich. Fundacja została powołana z dniem 5 maja 2010 roku. Jest to zgodne z wolą Artystki, która na pożegnalnym przedstawieniu Metropolitan Opera House powiedziała: Koniec końców to nie aplauz jest największą nagrodą dla aktora. Jest nią świadomość, że będzie żył w sercu i pamięci widzów.

     

    Sienna 5, Fundacja Wspierania Badań nad Życiem i Twórczością Heleny Modrzejewskiej

    Fundacja dla Modrzejewskiej jest inicjatywą osób przekonanych, że obowiązkiem jest utrwalanie pamięci o wielkich Artystach, którzy odeszli, a ich życie i sztuka stanowią istotną część narodowego dziedzictwa i dają wzory postaw obywatelskich. Fundacja została powołana z dniem 5 maja 2010 roku. Jest to zgodne z wolą Artystki, która na pożegnalnym przedstawieniu Metropolitan Opera House powiedziała: Koniec końców to nie aplauz jest największą nagrodą dla aktora. Jest nią świadomość, że będzie żył w sercu i pamięci widzów.

  • Kościół Mariacki

     

    „O, wy ukochane stare mury, zwietrzałe w ciągu wielu stuleci! Wchodzimy do kościoła Najświętszej Marii Panny Marii. Kościół jest zabudowany wysokimi rusztowaniami sięgającymi stropu. Znowu rządzi tutaj niepodzielnie Matejko. Według jego planów odnawia się i odmalowuje stare ściany, ostrołukowe stropy, filary i ołtarze i przywraca się pierwotną świeżość. Praca nad głównym ołtarzem, pokrytym wielofiguralną rzeźbą wielkiego Wita Stwosza, artysty z piętnastego wieku, oraz część środkowej nawy, są już zakończone. Stoimy przez chwilę, w podziwie. Jest to urzekająca renowacja. Ściany pokrywa malowidło w najżywszych kolorach, a mimo to całość działa delikatną i piękną harmonią barw, przy czym zachowany został styl wyraźnie średniowieczny, dający pełnie barw, płomienisty i natchniony. Prawdziwy to przybytek Boga, oddany na użytek dla ludzi”.

    Kościół Mariacki

    Kościół Mariacki

     

    „O, wy ukochane stare mury, zwietrzałe w ciągu wielu stuleci! Wchodzimy do kościoła Najświętszej Marii Panny Marii. Kościół jest zabudowany wysokimi rusztowaniami sięgającymi stropu. Znowu rządzi tutaj niepodzielnie Matejko. Według jego planów odnawia się i odmalowuje stare ściany, ostrołukowe stropy, filary i ołtarze i przywraca się pierwotną świeżość. Praca nad głównym ołtarzem, pokrytym wielofiguralną rzeźbą wielkiego Wita Stwosza, artysty z piętnastego wieku, oraz część środkowej nawy, są już zakończone. Stoimy przez chwilę, w podziwie. Jest to urzekająca renowacja. Ściany pokrywa malowidło w najżywszych kolorach, a mimo to całość działa delikatną i piękną harmonią barw, przy czym zachowany został styl wyraźnie średniowieczny, dający pełnie barw, płomienisty i natchniony. Prawdziwy to przybytek Boga, oddany na użytek dla ludzi”.

    [Wspomnienia, 1956, s. 9-10]

  • Rynek Główny. Procesja Bożego Ciała

    „Najważniejszą była procesja Bożego Ciała. Wczesnym rankiem na odgłos wielkiego dzwonu Zygmunta rzesze wieśniaków z okolicznych wsi spływały wszystkimi ulicami do miasta i ustawiały się na Rynku, gdzie po wszystkich narożnikach budowano prowizoryczne ołtarze. Ołtarze te nazywają się stacjami. Trudno opisać cudowną grę barw i kostiumów, gdy wielki plac wypełniał się ludem. Każda wieś miała bowiem stroje odmienne pod względem kroju i barwy.

    Rynek Główny. Procesja Bożego Ciała

    Rynek Główny. Procesja Bożego Ciała

     

    „Najważniejszą była procesja Bożego Ciała. Wczesnym rankiem na odgłos wielkiego dzwonu Zygmunta rzesze wieśniaków z okolicznych wsi spływały wszystkimi ulicami do miasta i ustawiały się na Rynku, gdzie po wszystkich narożnikach budowano prowizoryczne ołtarze. Ołtarze te nazywają się stacjami. Trudno opisać cudowną grę barw i kostiumów, gdy wielki plac wypełniał się ludem. Każda wieś miała bowiem stroje odmienne pod względem kroju i barwy. Można tam było oglądać białe, niebieskie, zielone, szare i brązowe sukmany mężczyzn – gładkie lub haftowane i wyszywane blaszkami, z chwastami, i ze zwisającymi od pasa sznurami nanizanych mosiężnych kółek, kamizelki bez rękawów z czerwonymi wyłogami, wysokie buty, i pasiaste, luźne wyrzucane spodnie. Kobiety w bogatych brokatowych albo aksamitnych, cekinami wyszywanych stanikach i żakietach, w stroikach na głowę w kształcie turbanów z koronek i lacetu. Dziewczęta w kunsztownie plecionych wiankach, z pękami wstążek i sznurami korali zdobiących ich szyje i biusty. Wszystek ten lud napływał spokojnie, skromnie, z książkami do modlenia i różańcami w ręku, głęboko przejęty uroczystością. Potem wkraczał w szyku pułk austriackiego wojska w pięknych mundurach; potem ludność miejska w swoich najlepszych ubiorach, rząd dziewcząt ubranych na biało girlandami na głowach, z figurami świętych noszonymi na ramionach, księża, sodalicje, mnisi, chorągwie wszelkiego rodzaju itd. Wszystko to pomału zapełnia Rynek, a ów tłum ludzi tworzy porywającą harmonię barw przetykaną tu i ówdzie ciemną plamką modniejszego stroju, albo czernią żałoby noszonej przez wdowy.

    Służba boża zaczyna się przy pierwszym ołtarzu, a kiedy zabrzmią dzwonki na błogosławieństwo, trąbki wojenne intonują zwycięsko brzmiącą melodię, powtarzaną trzy razy i podcieniowaną stłumionym werblem bębnów; wówczas wszystkie chorągwie chylą się nad głowami klęczącego ludu”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 49-50]

  • Pomnik Adama Mickiewicza

    Prezydent Krakowa M. Zyblikiewicz 5 listopada 1879 r. do Modrzejewskiej: „Zaświadczam niniejszym, jako od Wielmożnej Modrzejewskiej otrzymałem kwotę 423 zł. 26 centów na pomnik Mickiewicza”

    Pomnik Adama Mickiewicza

    Pomnik Adama Mickiewicza

     

    Prezydent Krakowa M. Zyblikiewicz 5 listopada 1879 r. do Modrzejewskiej: „Zaświadczam niniejszym, jako od Wielmożnej Modrzejewskiej otrzymałem kwotę 423 zł. 26 centów na pomnik Mickiewicza”. [Korespondencja, 2000, list 67; zob. też list Zyblikiewicza do Modrzejewskiej

    w: Korespondencja 1965, list 313 – dotyczy też budowy nowego teatru]

  • Sukiennice

    W roku 1879 uroczystości jubileuszowe J. I. Kraszewskiego „Połączono […] z otwarciem świeżo odnowionych Sukiennic, budynku publicznego zbudowanego po raz pierwszy w XIV wieku, a potem znajdującego się w zupełnym upadku. Restauracji podjęło się miasto, a dokonano jej pod artystycznym nadzorem naszego wielkiego malarza Jana Matejki”

    Sukiennice

     

    W roku 1879 uroczystości jubileuszowe J. I. Kraszewskiego „Połączono […] z otwarciem świeżo odnowionych Sukiennic, budynku publicznego zbudowanego po raz pierwszy w XIV wieku, a potem znajdującego się w zupełnym upadku. Restauracji podjęło się miasto, a dokonano jej pod artystycznym nadzorem naszego wielkiego malarza Jana Matejki”. [Wspomnienia, 1957, s. 399].

    „Otwarcie Sukiennic zostało zainaugurowane balem, na którym prezydent miasta p. Zyblikiewicz wybrał mnie do poprowadzenia z nim poloneza. […] Na jednym z publicznych zebrań w czasie jubileuszu podniesiono kwestie zbudowania nowego teatru. Obecny na zebraniu Siemiradzki, należący do najwybitniejszych naszych malarzy, obiecał namalować do niego kurtynę”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 401, 404]

  • Biblioteka Jagiellońska, ul Św. Anny

    „Pewnego dnia, zupełnie niespodzianie, Matejko został mi przedstawiony przez p. Estreichera w przedsionku Biblioteki Jagiellońskiej, skąd zazwyczaj brałam do czytania dzieła historyczne, albo na miejscu kopiowałam kostiumy. W niedługim czasie miałam właśnie zagrać w sztuce z odległej epoki historycznej i polowałam za rysunkiem odpowiedniego kostiumu.

    Biblioteka Jagiellońska, ul Św. Anny

    „Pewnego dnia, zupełnie niespodzianie, Matejko został mi przedstawiony przez p. Estreichera w przedsionku Biblioteki Jagiellońskiej, skąd zazwyczaj brałam do czytania dzieła historyczne, albo na miejscu kopiowałam kostiumy. W niedługim czasie miałam właśnie zagrać w sztuce z odległej epoki historycznej i polowałam za rysunkiem odpowiedniego kostiumu. W Bibliotece nie mogłam go znaleźć. Rzeczą zupełnie na miejscu byłoby poprosić pana Matejkę, aby mi pomógł w tym względzie, ale byłam tak oszołomiona spotkaniem z wielkim mistrzem, że nie potrafiłam wykrztusić nic więc poza banalnym zwrotem […]. Na szczęście p. Estreicher był przy tym i wyjaśnił cel moich poszukiwań w Bibliotece. […] W krótki czas po tej rozmowie Wincenty Rapacki […] przyniósł mi upragniony rysunek, naszkicowany dla mnie przez p. Matejkę”.

    [Wspomnienia, 1957, s.131]

  • Kościół Św. Anny

    Miejsce ślubu Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego (1868).

     

    Kościół Św. Anny

    Miejsce ślubu Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego (1868).

  • Narodowy Stary Teatr

     

    „Pani R.[Radwańska] i jej córki bardzo lubiły teatr i pewnego popołudnia postanowiły razem z moją matką wziąć lożę na występ nowej, nie słyszanej jeszcze śpiewaczki […] Panna Ludwinia z życzliwości zawsze pamiętająca o drugich, uprosiła moją matkę, aby wziąć także Józię i mnie z nimi, gdyż loża z łatwością pomieści sześć osób.

    Narodowy Stary Teatr

    Narodowy Stary Teatr

     

    „Pani R.[Radwańska] i jej córki bardzo lubiły teatr i pewnego popołudnia postanowiły razem z moją matką wziąć lożę na występ nowej, nie słyszanej jeszcze śpiewaczki […] Panna Ludwinia z życzliwości zawsze pamiętająca o drugich, uprosiła moją matkę, aby wziąć także Józię i mnie z nimi, gdyż loża z łatwością pomieści sześć osób.

    Przedstawienie nosiło tytuł Córka pułku , a kończyła je scenka baletowa w jednym akcie. Panna Studzińska była główną bohaterką tek opery, ale malutka Józia Hofman [ciotka pianisty – Józefa Hofmana] przebrana za motyla miała zaszczytne solo w balecie. Było to moje pierwsze pójście do teatru, a cały wieczór jednym pasmem radości i zachwytów. Matka opowiadała mi po latach, że tak byłam pochłonięta akcją na scenie, iż całkowicie nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje dokoła. Poszłam spać z wysoką gorączką i jeszcze przez długi czas potem próbowałam naśladować taniec motyla, śpiewałam niektóre arie pomagając sobie gestami, i wywołując tym drwiny moich braci, którzy mnie podglądali z ukrycia.[…] gdy matka zobaczyła moje podniecenie, postanowiła trzymać dzieci z dala od teatru. I dotrzymała słowa…[…] Jestem nieskończenie wdzięczna mojej drogiej mamie za to, że nigdy nie rozbudzała we mnie zamiłowania do sceny i nie schlebiała mojej próżności chwaląc mnie w oczy. Stałam się aktorką dlatego, że, jak sądzę, było to moim przeznaczeniem – zostać artystka w jakiejś dziedzinie sztuki, a że scena była z nich wszystkich najdostępniejszą, ją właśnie wybrałam”.

    [Wspomnienia, 1957 s. 33-34]

  • W teatrze przy Placu Szczepańskim po raz drugi

    „…pewnego wieczoru pan Modrzejewski [Zimajer] zaprosił nas na obejrzenie spektaklu, dawanego przez niemiecką trupę aktorską, bawiącą podówczas w naszym mieście. Rozporządzeniem rządu na przemian polskie i niemieckie zespoły mogły występować w krakowskim teatrze.

    W teatrze przy Placu Szczepańskim po raz drugi

    „…pewnego wieczoru pan Modrzejewski [Zimajer] zaprosił nas na obejrzenie spektaklu, dawanego przez niemiecką trupę aktorską, bawiącą podówczas w naszym mieście. Rozporządzeniem rządu na przemian polskie i niemieckie zespoły mogły występować w krakowskim teatrze. W teatrze nie byłam od siódmego roku życia i pokusa była wielka. Matka była niezdecydowana, ale pan Modrzejewski [Zimajer] wytłumaczył jej, że obejrzenie niemieckiej sztuki będzie dla mnie wielką pomocą w nauce i może zachęcić do uczenia się tego języka, tak karygodnie zaniedbanego przeze mnie w szkole. Ten argument okazał się przekonywający i matka przyjęła zaproszenie.

    Ubrałam się w pośpiechu i taka byłą podenerwowana i niespokojna, żeby się nie spóźnić, iż skłoniłem matkę do wyjścia z domu na trzy kwadranse przed rozpoczęciem przedstawienia; kiedyśmy przyszły na miejsce, światła na Sali jeszcze się nie paliły. Pamiętam z jakim szacunkiem, nieomal czołobitnością przekroczyłam prób „świątyni”, ponieważ była to dla mnie naprawdę świątynia, miejsce, gdzie serce ludzkie przyspiesza rytm na dźwięk słowa padającego ze sceny, gdzie jednak myśl wyrażona przez autora, jeden magiczny ton sztuki aktorskiej wyciska łzy albo zmusza audytorium do śmiechu […] cała moja istota była przeniknięta trwożnym uniesieniem.

    Dawano Schillera Intrygę i miłość i sztuka ta zafascynowała mnie całkowicie. Siedziałam jak skamieniała chłonąc słowa, których nie rozumiałam i rozkoszując się grą, trochę sztywnych i przyciężkich aktorów. W partiach dramatycznych mimo wszystko ich poczynania były dość sugestywne i wyraziste. Dzięki wymowie gry i pomocy pana Modrzejewskiego [Zimajera], który przetłumaczył mi parę scen, udało mi się zrozumieć intrygę.

    Po powrocie do domu siedziałam przy kolacji bez słowa, rozpamiętując dopiero co oglądaną sztukę tak długo, aż mnie z drwinami, jak lunatyczkę, posłano do łóżka.[…]

    Następnego dnia nie spoczęłam dopóki nie kupiłam sobie egzemplarza Intrygi i miłości i nie przeczytałam go od deski do deski ze słownikiem w ręku. Była to bardzo żmudna praca, trwająca kilka dni, ale to mnie nie zniechęciło i w ten sam benedyktyński sposób przeczytałam prawie wszystkie dramaty Schillera. Kiedy doszłam do Marii Stuart , rozumiałam już język niemiecki wcale dobrze.[…]

    Poczynając od przedstawienia Intrygi i miłości , matka, która lubiła chodzić na polskie sztuki, często zabierała mnie i Józię. Zobaczyłyśmy wiele przedstawień tego sezonu, parę melodramatów podówczas modnych, a także sporo z polskiego repertuaru, świetnego dzięki wystawności strojów i wzruszającego patriotycznym duchem”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 53-54]

  • Pierwszy Szekspir widziany w teatrze

    „…pokazały się pewnego dnia afisze zapowiadające Fritza Devrient w roli Hamleta. Słyszałam o Szekspirze, ale nie czytałam, ani nie widziałam na scenie żadnej z jego sztuk i – rzecz zrozumiała – ciekawość moja została tym wydarzeniem dostatecznie poruszona.

    Pierwszy Szekspir widziany w teatrze

    „…pokazały się pewnego dnia afisze zapowiadające Fritza Devrient w roli Hamleta. Słyszałam o Szekspirze, ale nie czytałam, ani nie widziałam na scenie żadnej z jego sztuk i – rzecz zrozumiała – ciekawość moja została tym wydarzeniem dostatecznie poruszona. Hamlet wywarł na mnie ogromne wrażenie.[…] Wtedy już stał się moim mistrzem i pozostał nim przez cały czas mojej teatralnej kariery.[…] Całymi tygodniami żyłam potem jak zaczarowana. Tłumaczenia Szekspira były wówczas rzadkością, ale panu Modrzejewskiemu [Zimajerowi] udało się dostać Hamleta po polsku, a także Dwóch panów z Werony, Kupca weneckiego i Tymona Ateńczyka , chciwie przeze mnie czytanych”.

    [Wspomnienia, 1957, s.60]

  • Szkoła Sióstr Prezentek, ul. św. Jana

    „Z początku nie lubiłam klasztoru. W mojej klasie było tak dużo dziewczynek, a tylko niewiele odpowiadało mi usposobieniem. Zestawienie natłoczonej ciasno klasy z atmosferą cichego, wykwintnego pokoju bibliotecznego pani R.[Radwańskiej] często wyciskało łzy z moich oczu, ale wkrótce polubiłam siostry, które widać były zadowolone z mojej pilności na lekcjach historii polskiej, gramatyki i katechizmu, znajdowały również uznanie dla sposobu recytowania wierszy i jawnej pogardy dla języka niemieckiego.

    Szkoła Sióstr Prezentek, ul. św. Jana

    „Z początku nie lubiłam klasztoru. W mojej klasie było tak dużo dziewczynek, a tylko niewiele odpowiadało mi usposobieniem. Zestawienie natłoczonej ciasno klasy z atmosferą cichego, wykwintnego pokoju bibliotecznego pani R.[Radwańskiej] często wyciskało łzy z moich oczu, ale wkrótce polubiłam siostry, które widać były zadowolone z mojej pilności na lekcjach historii polskiej, gramatyki i katechizmu, znajdowały również uznanie dla sposobu recytowania wierszy i jawnej pogardy dla języka niemieckiego. Siostry od św. Jana znane były z wielkiego patriotyzmu. Przypominam sobie, jak pomagały mi w obecności austriackiego inspektora szkolnego sprytnie manewrując, żeby mi nie zadawał pytań po niemiecku przy egzaminie z tego przedmiotu.

    Matka nie zaniedbywała naszej edukacji na przekór trudnym warunkom materialnym, miałyśmy więc dodatkowe lekcje francuskiego w klasztorze, muzyki w domu, a także od czasu do czasu lekcje tańca”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 46]

  • Mieszkanie przy ul. Św. Jana

    Artystka przez wiele lat szukała swojego miejsca w Krakowie. Po powrocie z Czerniowiec:

    „…wynajęłam większe mieszkanie, w którym umieściłam matkę, mego synka i siostrzenicę Stasię, osieroconą córeczkę najstarszego brata.”

    Mieszkanie przy ul. Św. Jana

    Artystka przez wiele lat szukała swojego miejsca w Krakowie. Po powrocie z Czerniowiec:

    „…wynajęłam większe mieszkanie, w któryprzym umieściłam matkę, mego synka i siostrzenicę Stasię, osieroconą córeczkę najstarszego brata.”

    [Wspomnienia, 1957, s. 157; mieszkanie  ul. św. Jana 299, dziś 22]

  • Hotel Pollera

    Dzisiaj przyjeżdżają tu państwo [Anna i Kazimierz] Chłapowscy z Kopaszewa z najmłodszą córką [Ludwiką] i synkiem [Marianem], a my zapewne stąd wyruszymy za cztery dni do Poznania, gdzie zabawimy ze dwie doby, po czym udamy się do Krakowa, gdzie mnie znów próby czekają. Będziemy stać w hotelu Pollera, bo to zaraz naprzeciw teatru, co mi oszczędzi powozów.

    Hotel Pollera

    Hotel Pollera

     

    Dzisiaj przyjeżdżają tu państwo [Anna i Kazimierz] Chłapowscy z Kopaszewa z najmłodszą córką [Ludwiką] i synkiem [Marianem], a my zapewne stąd wyruszymy za cztery dni do Poznania, gdzie zabawimy ze dwie doby, po czym udamy się do Krakowa, gdzie mnie znów próby czekają. Będziemy stać w hotelu Pollera, bo to zaraz naprzeciw teatru, co mi oszczędzi powozów.

    [Korespondencja, 1965, list 458]

  • Kościół św. Krzyża

     

    „Przysłano mi z Wiednia model tablicy, która ma być umieszczona w kościele. Bardzo jestem z niej zadowolony.[…] Treść napisu, wyrytego właściwymi literami, brzmi następująco:

    Helena Modrzejewska Karolowa Chłapowska, ur. 12 X 1840w Krakowie, um. 8 IV 1909 w Newport-Kalifornia. Sztuką swą podnosiła umysły i krzepiła serca.Sławę sztuki polskiej rozniosła za oceany.We własnej chwale szukała chwały ojczyzny.Przeszła świat dobrze czyniąc drugim.Pragnęła spocząć w ziemi ojczystej –niech odpoczywa w pokoju.”

    Kościół św. Krzyża

    Kościół św. Krzyża

     

    „Przysłano mi z Wiednia model tablicy, która ma być umieszczona w kościele. Bardzo jestem z niej zadowolony.[…] Treść napisu, wyrytego właściwymi literami, brzmi następująco:

    Helena Modrzejewska Karolowa Chłapowska, ur. 12 X 1840w Krakowie, um. 8 IV 1909 w Newport-Kalifornia. Sztuką swą podnosiła umysły i krzepiła serca.Sławę sztuki polskiej rozniosła za oceany.We własnej chwale szukała chwały ojczyzny.Przeszła świat dobrze czyniąc drugim.Pragnęła spocząć w ziemi ojczystej –niech odpoczywa w pokoju.”

    (Korespondencja, 1965, list 540)

  • Nowy teatr miejski

    „…z jego [hr. Zygmunta Cieszkowskiego] pomocą udało mi się zebrać 1377 rs. 95 cent. Zaszczyt jednak położenia kamienia węgielnego pod nowy teatr przypadnie zacnym i pracującym Ukrainkom, które już poprzednio na ten cel złożyły na moje ręce 1 rs. I 10 cent., również, jak i na pana Jana Fuchsa, artystę śpiewaka, który, o ile mi wiadomo, zebrał 150 rs.”

    Nowy teatr miejski

    „…z jego [hr. Zygmunta Cieszkowskiego] pomocą udało mi się zebrać 1377 rs. 95 cent. Zaszczyt jednak położenia kamienia węgielnego pod nowy teatr przypadnie zacnym i pracującym Ukrainkom, które już poprzednio na ten cel złożyły na moje ręce 1 rs. I 10 cent., również, jak i na pana Jana Fuchsa, artystę śpiewaka, który, o ile mi wiadomo, zebrał 150 rs.”

    [Korespondencja, 1965, list 312]

    „Podczas swego pobytu w Krakowie dałam szereg przedstawień, a cały dochód z nich wręczyłam prezydentowi miasta jako fundusz zakładowy na budowę nowego teatru. Prezydent mając ten kapitalik na początek, ogłosił publiczna zbiórkę. W ślad za tym posypały się hojne składki i w kilka lat później pośrodku obszernego placu stanął piękny budynek teatralny. Trawniki, krzewy i kwiaty dokoła ożywiają jego architekturę. Wnętrze zdobią obrazy i rzeźby, a nasz zmarły już, wybitny artysta malarz Siemiradzki wykonana przez siebie kurtynę ofiarował jako dar miastu. Ta kurtyna jest przedmiotem podziwu wszystkich, którzy zwiedzają Kraków. Na ogół kurtynie nie poświęca się zbyt wiele uwagi, ale ta jest ozdobą o wyjątkowym wyrazie. Szlachetny ton jej artyzmu użycza audytorium odpowiedniej atmosfery”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 12]

  • Dworzec kolejowy

    „Na dworcu oczekiwało nas wielu przyjaciół zmieszanych z tłumem zwyczajnych gapiów. Widok twarzy nie spotykanych od lat, spojrzenia życzliwe i wierne, uśmiechy i uściski rąk, z serca płynące powitania – wszystko to napełnia mnie radością, zagrzewa, wprawia w gorączkowe podniecenie. Długie lata spędzone za granicą, z dala od kraju, kurczą się do czegoś zupełnie bez znaczenia, znowu jestem wśród swoich, jak za dawnych czasów, i oni w niczym się nie zmienili, są tacy sami i to nie jest sen! Jestem szczęśliwa!”.

    Dworzec kolejowy

    Dworzec kolejowy

     

    „Na dworcu oczekiwało nas wielu przyjaciół zmieszanych z tłumem zwyczajnych gapiów. Widok twarzy nie spotykanych od lat, spojrzenia życzliwe i wierne, uśmiechy i uściski rąk, z serca płynące powitania – wszystko to napełnia mnie radością, zagrzewa, wprawia w gorączkowe podniecenie. Długie lata spędzone za granicą, z dala od kraju, kurczą się do czegoś zupełnie bez znaczenia, znowu jestem wśród swoich, jak za dawnych czasów, i oni w niczym się nie zmienili, są tacy sami i to nie jest sen! Jestem szczęśliwa!”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 8]

  • Ogród Botaniczny

    „Rankami bezpośrednio po zarwanych nocach wstawałam zazwyczaj o 5-tej i po tradycyjnej szklance kawy na śniadanie wychodziłam z tekstem mojej roli na świeże powietrze, w Aleję Kasztanową, albo najczęściej do Ogrodu Botanicznego, gdzie byłam pewna, że nikogo nie spotkam o tak wczesnej godzinie. Uczyłam się na głos, mając za akompaniament śpiewy ptaków, a jako natchnienie drzewa i kwiaty, a nade wszystko – wspaniałe, szarawe lub błękitne niebo, z fantastycznymi obłokami”.

    Ogród Botaniczny

    Ogród Botaniczny

     

    „Rankami bezpośrednio po zarwanych nocach wstawałam zazwyczaj o 5-tej i po tradycyjnej szklance kawy na śniadanie wychodziłam z tekstem mojej roli na świeże powietrze, w Aleję Kasztanową, albo najczęściej do Ogrodu Botanicznego, gdzie byłam pewna, że nikogo nie spotkam o tak wczesnej godzinie. Uczyłam się na głos, mając za akompaniament śpiewy ptaków, a jako natchnienie drzewa i kwiaty, a nade wszystko – wspaniałe, szarawe lub błękitne niebo, z fantastycznymi obłokami”.

    [Wspomnienia, 1957, s. 136]

  • Cmentarz Rakowicki

    „Uchwała z dnia 5 lipca 1909 r. w sprawach: wstrzymania się z działaniami mającymi na celu pochowanie Heleny Modrzejewskiej w krypcie zasłużonych w kościele oo. Paulinów na Skałce, w związku z jej życzeniem spoczęcia na cmentarzu Rakowickim („przy grobie matki”) i przyjęcia programu uroczystości pogrzebowych artystki”.

    Cmentarz Rakowicki

    Cmentarz Rakowicki

     

    „Uchwała z dnia 5 lipca 1909 r. w sprawach: wstrzymania się z działaniami mającymi na celu pochowanie Heleny Modrzejewskiej w krypcie zasłużonych w kościele oo. Paulinów na Skałce, w związku z jej życzeniem spoczęcia na cmentarzu Rakowickim („przy grobie matki”) i przyjęcia programu uroczystości pogrzebowych artystki”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 48]

    „Projekt grobowca autorstwa Bolesława Opida z dnia 26 maja 2010 r., zamówiony przez Karola Chłapowskiego”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 50]

    „Zawiadomienie skierowane do Karola Chłapowskiego o wyznaczeniu miejsca na wymurowanie grobowca Heleny Modrzejewskiej, zatwierdzeniu jego projektu [autorstwa Bolesława Opida] i wysokości opłat za miejsce na grób”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 51]

  • Modrzejówka

    W roku 1882 Helena Modrzejewska planowała w Krakowie kupno działki; kupiła dom do remontu: „W protokołach Rady Miejskiej w Krakowie wpis dotyczący wniosku Heleny Modrzejewskiej-Chłapowskiej, złożonego na posiedzeniu Rady w dniu 11 maja 1882 o zezwolenie na zakup działki miejskiego gruntu na terenie ”Maślakówki” [rejon ul. Szlak] lub za rogatką Wolską [obecnie rejon Piłsudskiego i Al. Mickiewicza]”,

    Modrzejówka

    Modrzejówka

     

    W roku 1882 Helena Modrzejewska planowała w Krakowie kupno działki; kupiła dom do remontu: „W protokołach Rady Miejskiej w Krakowie wpis dotyczący wniosku Heleny Modrzejewskiej-Chłapowskiej, złożonego na posiedzeniu Rady w dniu 11 maja 1882 o zezwolenie na zakup działki miejskiego gruntu na terenie ”Maślakówki” [rejon ul. Szlak] lub za rogatką Wolską [obecnie rejon Piłsudskiego i Al. Mickiewicza]”,

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 42]

    „W Księdze gruntowej nieruchomości Krowodrza nr 11, własność Heleny Modrzejewskiej wpis na karcie B [lp.4] nieruchomości Krowodrza lwh 11, l. kons. 11, zwanej „browarkiem” [obecnie ul. Mazowiecka 13c], dotyczący zakupu nieruchomości przez Helenę Modrzejewską-Chłapowską w lipcu 1882 r.”

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 42]

    Pożyczka na dom: „Wypis z akt notarialnych dot. Pożyczki zaciągniętej przez Helenę Modrzejewską. Notarialne zobowiązanie Heleny Modrzejewskiej-Chłapowskiej, reprezentowanej przez pełnomocnika, adwokata Władysława Markiewicza, do spłaty pożyczki w wysokości 12.000 zaciągniętej w Kasie Oszczędności miasta Krakowa, pod hipotekę realności Nr 11 w Krowodrzy”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 42-43]

    „Wypis z księgi gruntowej nieruchomości Krowodrza nr 11, własności Heleny Modrzejewskiej. Wykaz hipoteczny karty stanu posiadania i ciężarów realności nr 11 w Krowodrzy, zwanej „Browarkiem”, własności Heleny Modrzejewskiej-Chłapowskiej. Informacja o nabyciu realności przez artystkę w 1882 r.”

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 43]

    „Protokół parcelowy gminy Krowodrza. Jako właścicielka parceli budowlanej nr 87 oraz parceli gruntowych nr 229-231, 241, 242, 243/1, 243/2 wpisana Helena Modrzejewska, zamieszkała Krowodrza Ne 11”.

    [Materiały archiwalne, 2009, s. 43]

    Z początkiem roku 1883 Adolf Opid pisze do Heleny i Karola o postępie prac przy adaptacji domu przy ul. Mazowieckiej 14 [obecnie Grottgera 12]: „…donoszę Wam, że budowa według instrukcji według Was podanej postępuje i już dach nad mieszkaniem będzie wkrótce zakończonym. Przebudowanie to urządziłem jak szkizza [sic!] Prócz powyższego mieszkania, przerobionego ze starych murów, będą na poddaszu dwa pokoiki dla służby, lub gościnne – nadto stawiam dla Portiera mieszkanko przy drodze. Cała realność już oparkaniona, a z frontu dałem drewniane schody”.

    [Korespondencja, 2000, list 119]

    20 lutego 1883 do Anny Wolskiej napisze zwięźle, a konkretnie: „Babcia już w kwietniu sprowadza się do dworku”.

    Korespondencja , 1965, list 299]

    21 marca 1883 do matki pisze, że: „…ma nadzieję, że rodzina wkrótce przeniesie się do nowej posiadłości, gdzie będzie im wygodniej, prosi matkę, by wybrała na swój pokój salon, bo będzie on mniej wilgotny”. [Korespondencja , 2000, list 110]

    30 września 1884 Modrzejewska pisze z Krakowa do Zakopanego: „Co się tyczy Waszego przyjazdu – to nie wiem, kiedy nastąpi, bo się jeszcze na górę wprowadzić nie możemy – ponieważ pani Zaleska zabrała mego tapicera i już od dwóch tygodni dywan leży na ziemi nie skończony. W sali jadalnej, w salonie i bibliotece jeszcze nie ma pieców, a malowanie ścian odwlecze się jeszcze do dwóch tygodni. Strach!!!

    Wszystko czeka gotowe – a robotników nie można się doprosić. O dzwonki się proszę, o szyby – o wszystko – ale bydło głuche jest. Do Waszych pokoi wszystko mam już kupione, ale nie ma kto zrobić. Obie z Mamą Wercią [Bendowa z Zagórskich] siedzimy na rupieciach z założonymi rękami i narzekamy. […] z przerwami deklamuję chodząc z jednego pokoju do drugiego, bo mnie Wujcio [Karol Chłapowski] odpakowaniem kufrów męczy – a ja nie chcę już więcej nieładu sprawiać, więc się kryję przed nim i uciekam w kąty. Okropny garus!

    Skoro tylko będzie można tu przyjechać – zatelegrafuję […] Koczki byście mogły przywieźć żywe, jeżeli można, bo tu jest kilka prześlicznych – co by się menażeria powiększyła. Można choć tylko parę przywieźć, tj. kaczora i kaczkę, na rozmnożenie. Janek [Zając] powiada, że jest jeden kaczor między nimi. Tatarowa umie te rzeczy rozpoznawać. Przypomnijcie jej, żeby mi tu masło dosyłała – nie zaraz, bo mi teraz niepotrzebne, ale tak za miesiąc”. [Korespondencja, 1965, list 309]

    Cztery lata później, 30 grudnia 1888 Modrzejewska pisze ze swojego kalifornijskiego domu: ”…czekałam na wiadomości od pana Markiewicza. Czekałam i nie doczekałam się niczego dobrego, prócz wiadomości, że dom na Krowodrzy jest na wpół zniszczony przez grzyb i że naprawa będzie kosztować około 5000 reńs., prócz dachu, który podobno trzeba będzie cały na nowo pokrywać, i że w dodatku pożyczki na dom nie mógł zaciągnąć.[…] Chciałam oddać tę własność pod opiekę pana Józefa Chłapowskiego, ale nie chciał się podjąć… […] Może się też wreszcie znajdzie kupiec, choćby za połowę ceny”.

    [Korespondencja, 1965, list 334; zob. też listy 335, 337; dom został sprzedany w r. 1889]